Pharrell Williams wraca do naprawdę dobrej muzyki. N.E.R.D. i album No One Ever Really Dies - recenzja
Na sam koniec 2017 roku taka niespodzianka! Nowa płyta N.E.R.D. "No One Ever Really Dies" to może nie powrót dekady, ale z pewnością nie lada wydarzenie muzyczne.
OCENA

Ze wszystkich nieoczekiwanych muzycznych powrotów z ostatnich lat, nowy album N.E.R.D. jest chyba dla mnie większym zaskoczeniem niż powrót Gorillaz.
Dla wszystkich niezorientowanych: N.E.R.D. to trio, które zadebiutowało na początku XXI wieku. W jego skład wchodzą multiinstrumentaliści Chad Hugo, Shae Haley i przewodzący całości Pharrell Williams, który zaczynał ów projekt, zanim jeszcze stał się znany z Neptunes. Przede wszystkim znany jest ze swojej późniejszej kariery jako producent i gwiazda pop. N.E.R.D. to o tyle ciekawy projekt, że ze wszystkich rzeczy, których dotknął się Pharrell, jest on z pewnością najbardziej ambitny, eklektyczny i progresywny.
Muzycy N.E.R.D. nie widzą dla siebie żadnych granic gatunkowych.
Ich trzonem jest rock i funk i to wokół nich panowie eksperymentują i bawią się dźwiękami do woli. Łączą muzykę elektroniczną, hip-hop, czasem jazz, muzykę etniczną, nu-metal czy punk rocka. Wszystko poskładane z nie lada maestrią i pomysłem. Słowem, muzyczna jazda na trochę wyższym poziomie.
Ich ostatnia płyta, "Nothing", miała swoją premierę w 2010 roku. Biorąc pod uwagę niesamowite komercyjne sukcesy Pharrella, nie spodziewałem się, że panowie ponownie się zejdą. Tymczasem weszli do studia i dali światu naprawdę fantastyczny opanowany artystyczny chaos.
W muzyce tej grupy uwielbiam nieprzewidywalność. Potrafią oni w najbardziej nieoczekiwanym momencie kompletnie zmienić kierunek i zabrać słuchacza w miejsca, do których zabiera go mało który wykonawca.
I nie chodzi tylko o zmiany gatunkowe, ale też stosowanie oryginalnych dźwięków, niestandardowego metrum. Wszystko to brzmi przepysznie, soczyście i szalenie atrakcyjnie, choć nie powiedziałbym, że N.E.R.D. da się słuchać na imprezach czy w klubach. Pomimo tego, że "No One Ever Really Dies" ma w swoim DNA mnóstwo R&B i funku, to nie nazwałbym tej płyty taneczną.
Jeśli lubicie Pharrella w wersji z Happy, to słuchając płyty "No One Ever Really Dies", możecie doznać lekkiego szoku poznawczego.
Początek jest jeszcze względnie "spokojny". Lemon, z gościnnym udziałem Rihanny, to hip-hopowa petarda z przyprawiającym o zawrót głowy beatem.
Deep Down Body Thrust brzmi z kolei jak utwór, który mogliby w XXI wieku nagrać Sex Pistols. Zaczyna się w prawdzie od motywu na fortepian, ale szybko wkrada się bas i gitary, które zamieniają go w mistrzowską punkową karuzelę.
Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak parę minut później. 1000, nagrany z udziałem Future’a, to istna psychodela, w której rap przenika się z punkową rytmiką. Towarzyszą jej bliskowschodnie motywy, a w połowie zmienia się w kapitalne electro.
Don’t Don’t Do It! zaczyna się niczym R&B a la Stevie Wonder czy Seal, ale z czasem przepoczwarza się w elektryzujący funk i garażowego rocka. Nie pytajcie mnie, jak oni to robią, ale to naprawdę działa!
I w tym szaleństwie jest metoda. Gdyby za tego typu projekt zabrali się mniej zdolni muzycy, wyszłaby zapewne niestrawna mieszanka przypadkowych dźwięków.
N.E.R.D. jakimś cudem potrafią bawić się w szaloną i trochę psychodeliczną grę stylami i jednocześnie pozostać spójnymi.
Całości słucha się znakomicie, wszystkie te pomysły i zmiany tempa oraz motywów, w obrębie nie tyle płyty, co poszczególnych kawałków, wcale nie męczą. W większości przypadków miałem wręcz poczucie, że szkoda, iż takie Don’t Don’t Do It! czy Deep Down Body Thrust trwają tak krótko. Jest w nich wszystkich tyle świetnych pomysłów na melodie, rytm i aranże, że aż się prosi, by trwały znacznie dłużej.
"No One Ever Really Dies" nie jest najlepszym krążkiem w karieże N.E.R.D., ale trzyma niezmiernie wysoki poziom ich całej dyskografii. Obyśmy na kolejny album nie czekali tylko kolejnych 7. lat.