Kryminalny, gwiazdorsko obsadzony thriller to zwykle łakomy kąsek, rozbudzający oczekiwania. W przypadku "Crime 101" były one całkiem wysokie, zwłaszcza, że w przestrzeni publicznej nieraz padały skojarzenia dzieła Barta Laytona z kultowym, wymienionym w tytule filmem Michaela Manna. Czy były one zasadne? Sprawdziłem.

Przestępca pochłonięty tym co robi i niezłomny, ścigający go detektyw. Pojedynek dwóch przeciwników, którzy choć są po różnych stronach, czują do siebie jakiś niepisany respekt. Jeden ściga drugiego z nadzieją na ostateczne zwycięstwo, życie drugiego to wieczna ucieczka, która napędza go jak narkotyk. Michael Mann skorzystał z powyższych motywów tworząc wybitne, jedyne w swoim rodzaju dzieło, do którego poziomu wielu próbowało doskoczyć. Kolejnym aspirującym twórcą nowego klasyka został Bart Layton - reżyser, który dotychczas zjadł zęby na filmach niemających fabularnej formy. "Crime 101" to jego pierwsza, pozbawiona dokumentalnych naleciałości, produkcja. Widać, że twórca miał ambicje, by zrobić z tej historii coś więcej niż recykling znanych gatunkowych tematów. Czy mu to wyszło?
Crime 101 - recenzja filmu. Kotek i myszka, glina i złodziej
Akcja rozgrywa się w Los Angeles - mieście, w którym blichtr możnych oraz wielkie wieżowce przeplata się z miasteczkami bezdomnych. Ta pierwsza grupa jest ostatnio na celowniku tajemniczego Mike'a (Chris Hemsworth). Mężczyzna dokonuje precyzyjnie zaplanowanych napadów, działając określonym schematem - jego celami są miejsca znajdujące się blisko autostrady 101. Choć jest skrupulatny, metodyczny, dba o swoją tożsamość i kieruje się "pokojowymi zasadami" (nie zabija i nie używa przemocy), na jego trop wreszcie wpada znajdujący się w prywatnym i zawodowym dołku detektyw Lou Lubesnick (Mark Ruffalo). Wkrótce drogi bohaterów przecinają się z Sharon (Halle Berry), agentką ubezpieczeniową, której firma odpowiada za pewne ważne kosztowności.
Warto przeciąć te porównania na starcie: "Crime 101" nie jest "Gorączką" i nie ma do niej absolutnie podjazdu. Pewne podobieństwa niewątpliwie istnieją - oprócz wspomnianych (i niebędących lustrzanymi) wcześniej motywów, w filmie Barta Laytona dzieje się dużo. Jest miejsce na oddech, ale ta produkcja stoi przede wszystkim akcją, objawiającą się zarówno w postaci pościgów, jak i konfrontacji poszczególnych bohaterów. Podobnie jak u Manna, dwaj rywale spotykają się dopiero w ostatnim akcie, a jest to poprzedzone całkiem wciągającą grą w kotka i myszkę. Sympatycy kina spod znaku tajemniczych bohaterów, pościgów, dużych pieniędzy i życiowych dylematów powinni wyjść z seansu usatysfakcjonowani. Zaliczam się do takich, ale mimo tego nie mogę oprzeć się poczuciu pewnego niedosytu.
Skąd ono się bierze? Ano z tego, że "Crime 101" obiecuje nam wyciskanie z opowiadanej historii więcej, a nie zawsze wywiązuje się z tego w sposób satysfakcjonujący. Layton-scenarzysta buduje postacie na dość zgranych, ale wciąż ciekawych nutach. Mike to wycofany emocjonalnie, nieumiejący nawiązać silnej więzi bohater, którego określona przeszłość pchnęła do aktualnego miejsca, elitarny złodziej, który z czasem odkrywa, że potrzebuje czegoś więcej. Sharon przysłużyła się firmie, by po wielu latach pracy zostać zmarginalizowana i zastąpiona młodszym wariantem, zaś Lou to detektyw z obsesją, życiową nijakością i prawdopodobnym kryzysem wieku średniego, który przepracowując rozstanie zapisuje się na jogę.

Layton za ich sprawą kreśli historię o zmęczonych życiem bohaterach, dla których sprawa napadów jest - na różne sposoby - szansą na odmianę swoich rzeczywistości. Choć oddać mu trzeba, że nie dokonuje jednoznacznej oceny ich działań i pozostawia ją widzowi do własnej interpretacji, i tak nie wyciska z tego zbyt wiele - temat pozostaje zaledwie "liźnięty". To z kolei sprawia, że trudniej jest o jakąś większą więź z bohaterami - mają naszą uwagę bardziej dzięki wcielającym się w nich aktorom, aniżeli ciekawie rozpisanej i zawartej w scenariuszu psychologii.
Skoro już wywołano obsadę do tablicy, to warto ich pochwalić. Nie mówię, że scenariusz, na którym pracowali, jest zły czy przeciętny, natomiast bohaterowie "Crime 101" zyskują przede wszystkim dzięki porządnemu aktorstwu. Mark Ruffalo ma smykałkę do udanego grania obsesyjnych poszukiwaczy prawdy, a tutaj udanie używa swojej fizjonomii, by sprzedać nam Lou Lubesnicka jako policyjnego fachurę, który nie ma do kogo wracać po pracy. Barry Keoghan również ma papiery, ale na granie szaleńca - tutaj, jako młody i chaotyczny psychopata na motocyklu nieźle odpala wrotki, choć wiemy, że stać go na znacznie, znacznie więcej.

Dobrze widzieć też Halle Berry w niezłej formie - film daje aktorce duże pole do popisu, a ta z niego korzysta, wiarygodnie wcielając się w bystrą, znającą swoją wartość agentkę od ubezpieczeń. Centralną postacią "Crime 101" jest jednak Mike, w którego wciela się Chris Hemsworth. Nie jest to wybitnie zapamiętywalna kreacja, ale Australijczyk robi dobrą robotę - sprawnie chowa swój naturalny czar na rzecz kreacji chłodnego, twardego perfekcjonisty, skały, która stopniowo kruszeje i orientuje się, że chce od życia czegoś innego, niż dotychczas. Nick Nolte i Monica Barbaro to kolejne głośne nazwiska, które zobaczymy na ekranie, ale czy zostali wykorzystani fabularnie tak dobrze, jak na to zasługują? Moim zdaniem nie do końca.
"Crime 101" chętnie czerpie z elementów znanych z niejednego kryminału czy kina akcji. W obu przypadkach nie wnosi do gatunku nic szczególnie przełomowego, natomiast jest to film, o którym z czystym sumieniem można powiedzieć, że nie nudzi, udaje mu się przyciągać uwagę i gwarantuje niezłą, absolutnie oglądalną rozrywkę. Mam jednak spore wątpliwości, czy za parę miesięcy większość widzów będzie jeszcze pamiętała o tym tytule.
"Crime 101" od 13 lutego w kinach.
Czytaj więcej na Spider's Web:
- Aniołki Charliego wracają. Trwają prace nad nowym filmem
- Piep*zyć Mickiewicza 3: gdzie obejrzeć poprzednie filmy online? Sprawdzamy
- Nie spodziewałem się, że ten film podbije HBO Max. Mam mu sporo do zarzucenia
- Boskie science fiction nareszcie w streamingu. Piękny prezent na weekend
- Twórcy genialnego filmu żądają usunięcia ich muzyki z gniotu Amazona







































