REKLAMA

„W labiryncie” ludzkiego zepsucia. Oceniamy thriller Donato Carrisiego

W historii kina pisarze nieraz stawali za kamerą, aby wyreżyserować filmy na podstawie własnej prozy. Co prawda o Stephenie Kingu i absurdalnym „Maksymalnym przyśpieszeniu” czy Michelu Houellebecqu i bełkotliwej „Możliwości wyspy” lepiej zapomnieć, ale warto za to wspomnieć Cliva Barkera i jego udanego „Hellraisera: Wysłannika piekieł”.

OCENA :
8/10
W labiryncie: recenzja. Dustin Hoffman i włoskie neonoir
REKLAMA
REKLAMA

Jeśli chodzi o poziomy adaptacji swoich dzieł, Donatowi Carrisiemu o wiele bliżej do tego ostatniego przykładu niż dwóch wcześniejszych. „W labiryncie” to jego druga próba zmierzenia się ze swoją literacką twórczością. I wychodzi z niej z o wiele większym wdziękiem niż w przypadku poprzedniej produkcji.

Niby jest to powtórka z rozrywki. Mamy mroczną historię, wielość wątków i nie brakuje zaskakującego twistu na koniec. Jednakże o ile w „Dziewczynie we mgle” opowieść nieraz wymykała mu się z rąk i nie potrafił odpowiednio filmowymi środkami przedstawić swoich bohaterów, tym razem radzi sobie z tymi elementami dużo lepiej. Panuje nad pozornym chaosem, wykazując się narracyjną dyscypliną. A warto zauważyć, że czeka na niego więcej pułapek. W swoim drugim filmie zabiera nas do umysłu porwanej dziewczyny, który okazuje się tytułowym labiryntem. Dr Green o aparycji Dustina Hoffmana ma za zadanie pomóc jej przez niego przejść, aby odkryć, kto jest sprawcą przestępstwa. Znany z poprzedniej produkcji sygnowanej nazwiskiem Carrisiego Bruno Genko również zamierza rozwiązać tę zagadkę. Tylko on, zamiast psychiatrycznego wykształcenia, będzie posługiwał się wyrobionym przez lata pracy instynktem.

REKLAMA

Pełno tu ślepych zaułków, zakrętów i przecinających się uliczek.

Donato Carrisi tym razem umiejętnie rozrzuca na fabularnej osi czasu kolejne części układanki, dzięki czemu nie ucieka już w łopatologiczne wyjaśnienia. Zamiast tego do samego końca wodzi nas za nos i zmusza nasze szare komórki do pracy na najwyższych obrotach. Z jednej strony obserwujemy sadystyczną grę zwyrodnialca, a z drugiej jego tropienie. Nic nie jest jednak tym, czym się wydaje. Reżyser myli tropy. Kiedy odsłania jedne karty, do rękawa chowa dwie następne, aby w odpowiednim momencie zaskoczyć nimi publiczność.

REKLAMA

Protagonista „W labiryncie” miota się od jednej poszlaki do drugiej. Razem z nim zgłębiamy kolejne mroczne tajemnice świata przedstawionego. I chociaż Bruno nie jest najsympatyczniejszą postacią, a samo miejsce, do którego trafiamy odstręcza swoim mrokiem, od ekranu nie sposób się oderwać. Napięcie wzrasta z każdą minutą. Podczas seansu obserwujemy festiwal cyrkowych dziwactw i jarmarcznych sztuczek, a ich poziom bez przerwy wzrasta.

Zostają one doprawione szczyptą surrealizmu. Mamy świadomość, że nie jesteśmy w rzeczywistym świecie, tylko jego mrocznej wizji, gdzie ze świecą można szukać iskry dobroci. Perspektywa co chwilę jest zniekształcana, abyśmy wpadli w klaustrofobiczne poczucie zagrożenia albo żebyśmy zobaczyli, jak mały jest człowiek w obliczu panującego na świecie zła. Kolejne miejsca, które odwiedzamy zdają się pochłaniać bohaterów. Coś się za nimi kryje i za chwilę zostanie nam to ujawnione. Niepokój i niedomówienia budują aurę tajemnicy. Ulice i łąki pokrywa nieodłączna mgła oraz ciemność, a sterylna sala szpitala z łatwością zmienia się w obleśny, podziemny szereg korytarzy.

REKLAMA
W labiryncie/BestFilm
W labiryncie/BestFilm

Co prawda ze wszystkimi tymi zabiegami mieliśmy już do czynienia.

Klimat i sposób narracji przypominają filmy sygnowane nazwiskiem Davida Lyncha, a przy zakończeniu nie sposób opędzić się od skojarzeń z twórczością Davida Finchera. Każdy element „W labiryncie” został wielokrotnie przemielony przez popkulturę, ale Carrisi nawet nie próbuje tego ukrywać. Kiedy tylko w ręce jednej z postaci trafia dziecięca zabawka w postaci łamigłówki, daje do zrozumienia, że czeka nas gra w odkrywanie kolejnych tropów i ukrytych znaczeń. Reżyser wchodzi w rolę filmowego demiurga. Bezlitosnego tak dla swoich bohaterów, jak i dla widzów. Przeprowadza ich i nas przez odmęty ludzkiego zepsucia, każąc grzęznąć w tym bagnie.

REKLAMA

Donato Carrisi przydusza nas ciężkim, neonoirowym klimatem. Atakuje złowieszczą muzyką Vita Lo Rego i uderza zdjęciami Federica Masierego. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli po seansie będą się was trzymały zawroty głowy pod postacią natłoku myśli. Do tego filmowego labiryntu wchodzi się chętnie, ale szukanie z niego wyjścia to już karkołomne zadanie.

Rafał Christ
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA