REKLAMA

Buntownicy z HMS Bounty wciąż żyją i popełniają plugawe czyny. Niemożliwe?

„Jutro przypłynie królowa” to właściwie reportaż z krótkiego, dziesięciodniowego pobytu Macieja Wasielewskiego na niewielkiej wyspie Pitcairn. Co w tym ciekawego? Właściwie wszystko poczynając od tego, że publikacja polskiego podróżnika jest obecnie na siódmym miejscu Bestsellerów Magazynu Literackiego KSIĄŻKI. Historia Wasielewskiego jest kontrowersyjna, nieprawdopodobna i zmuszająca do niewesołej refleksji.

Buntownicy z HMS Bounty wciąż żyją i popełniają plugawe czyny. Niemożliwe?
REKLAMA

William_BlighKapitan William Bligh dokonał rzeczy niemal niemożliwej. Na szalupie, bez map, pokonał 6701 km i po 48 dniach dotarł do Timoru. Stracił przy tym tylko jednego marynarza, który zginął podczas potyczki z ludożercami na jednej z wysp.

REKLAMA

W 1789 roku fregata pod dowództwem Williama Bligh'ta i błogosławieństwem Zjednoczonego Królestwa obrała kurs na Jamajkę. W ładowniach statku znajdowały się sadzonki drzewa chlebowego dla niewolników kolonii brytyjskich. Niestety w wyniku buntu, w pobliżu archipelagu Tonga, kapitan Bligh z osiemnastoma członkami załogi został zmuszony do opuszczenia statku. Spuszczono ich do siedmiometrowej szalupy, z minimalnymi zapasami i bez map. Buntownicy, dowodzeni przez oficera Fletchera Christiana, popłynęli dalej i jesienią 1789 dotarli do wybrzeży Tahiti.

Szesnastu buntowników pozostało na wyspie, a Christian z ósemką marynarzy odpłynął, uprowadzając jeszcze sześciu tahitańskich mężczyzn i jedenaście kobiet. Ostatecznie marynarze dotarli do bezludnej wyspy Pitcairn, na której postanowili osiąść i założyć osadę. Żeby utrudnić Królewskiej Marynarce Wojennej odnalezienie kryjówki, buntownicy spalili okręt skazując się na niewielką, czterokilometrową wyspę (następny statek dopłynął do niej dopiero dwadzieścia lat później). W ciągu kilku lat, w wyniku konfliktów, które wybuchły pomiędzy marynarzami a Tahitańczykami, zginęli wszyscy mężczyźni poza jednym z buntowników, Johnem Adamsem. W 1808 roku oprócz Adamsa na wyspie żyło tylko dziewięć tahitańskich kobiet i gromada dzieci narodzonych ze związków z buntownikami. Taki był początek kolonii, która istnieje do dziś.

HMS_Bounty2

To historia, którą zna każdy, jeśli nie ze szkoły to z czterech bodajże ekranizacji filmowych, licznych nawiązań w literaturze i sztuce. W pewnym sensie, mimo że od spalenia HMS Bounty minęło ponad dwieście lat, ta opowieść wciąż trwa. Zamknięta i niezwykle tajemnicza, zaledwie sześćdziesięcioosobowa społeczność na Pitcairn przez dziesięciolecia ukrywała ponure tajemnice. Niektóre z nich wypłynęły na jaw przy okazji procesu liderów grupy w 2004 roku. Wcześniej rajska wyspa zagubiona na środku oceanu słynąca z gajów mandarynkowych i wspaniałego miodu, wydawała się zaginionym Edenem hippisów. Wspólnota zamieszkująca na wyspie Pitcairn, mimo że formalnie pozostająca pod panowaniem angielskiej królowej i korzystająca z państwowych subwencji, to kraina zatwardziałych anglofobów, co wynika z ich historycznych korzeni (większość wyspiarskiej społeczności nadal stanowią potomkowie zbuntowanych marynarzy).

REKLAMA

Cztery kilometry nieszczęścia

Okazało się, ze na wyspie panują stosunki bez mała feudalne, wszyscy powiązani są w system zależności, w którym najbardziej pożądanym towarem i „środkiem płatniczym” są kobiety, nawet dziewczynki, zmuszane do świadczenia usług seksualnych. Świat usłyszał o tej patologii dekadę temu i natychmiast zapomniał, bo ma swoje ważniejsze, światowe sprawy. Przez kolejne lata wyspa i jej mieszkańcy trwają w silnym rozdźwięku, podzieleni na wrogie obozy. Ludzie z zewnątrz, szczególnie dziennikarze, są niemiło widziani. Bywało już, że grożono im śmiercią lub okaleczeniem.

REKLAMA

PitcairnIslandWyspa Pitcairn. Niewielka wyspa wulkaniczna na Oceanie Spokojnym. Terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii.

Wasielewski dostał się na wyspę i poznał jej mieszkańców tylko dlatego, że użył podstępu. Przedstawił się jako antropolog badający stare, marynarskie szanty. Mimo to wciąż był przepytywany i badany, ostatecznie zaś zdekonspirowany i wydalony z wyspy. Wcześniej zdążył jednak uchylić rąbka brudnych tajemnic. Nie tylko gwałty i przemoc, ale także zło większego kalibru – jeśli w ogóle można zło w najbardziej plugawych przejawach stopniować.

Po przeczytaniu sugestywnego, mrocznego i trudnego tekstu podróżnika, można zadrżeć i zwątpić w kondycję ludzką. Po pierwsze dlatego, że relacja autora niszczy wiarę i nadzieję na to, że ludzie są z gruntu dobrzy a zamknięta enklawa, grupa istot takich jak my, pozbawiona nacisku władzy i narzędzi reperkusji, samostanowiąca o sobie, będzie żyła w zgodzie, harmonii i równowadze. Po drugie zatrważająca jest bezsilność organów władzy, które powinny ukrócić chory proceder i oczyścić niezdrową atmosferę na wyspie, skoro przestępstwa zostały odkryte i ujawnione, a suwerenność gromady i tak naruszona.

REKLAMA

Niemal dekadę po procesie nieliczną społeczność wyspy nadal trawi robak czystego zła – to właściwie wyciąga, wydobywa ze swoich rozmówców Wasielewski. Czy pozostaje jakaś nadzieja? Może nigdy jej nie było? Okazuje się, że społeczność wyspy, wywodząca się z ludzi aspołcznych, do tego obciążona chorobami genetycznymi spowodowanymi chowem wsobnym, może „poszczycić” się niemal trzydziestokrotnie wyższym procentem chorób psychicznych niż wynosi norma.

Książka Wasielewskiego nie jest tylko relacją z podróży. To opowieść o skutkach niezwykłych faktów historycznych i ludziach powielających bez końca błędy przodków. Ta historia po prostu boli.

REKLAMA
Czarny Iwan
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA