Niekonsekwencje fabularne, drewniane postacie, traktowanie drugoplanowych bohaterów po łebkach - tak w skrócie przedstawia się cały drugi sezon "Under the Dome" ("Pod Kopułą"). Przykro było patrzeć, jak z każdym odcinkiem, niegdyś całkiem niezły (ale nie wybitny) serial od CBS, staczał się coraz bardziej. Wciąż jednak mam nadzieję, że może sezon trzeci uratuje sytuację, choć już raz w ten sposób myślałem… rok temu.

Wtedy jednak sprawy miały się o wiele przyjemniej, ponieważ pierwszy sezon zaczął się bardzo dobrze i tylko pod sam koniec zaczął się trochę psuć. Kolejny sezon natomiast, zaczął się średnio, a skończył źle. Wszystkie moje oczekiwania wzięły w łeb po kilku odcinkach, a pozytywnych emocji i określeń wobec "Under the Dome" pozostało niewiele.
Przede wszystkim uderzała w oczy niespójność, zarówno w kwestii budowania postaci, jak i fabuły. Wszyscy nowi bohaterowie pojawiali się tylko w celu spełnienia konkretnej „misji”, o której notabene szybko zapominano. Pani naukowiec (Rebecca Pine) miała służyć, jako opozycja dla mistycyzmu, który narósł – z oczywistych powodów – wokół kopuły i wierzeń Lyle’a oraz Julii. Głos rozsądku z czasem jednak stał się dosyć irytujący i zamienił się w krzyk. Pine w każdym dialogu chciała dać do zrozumienia, że ma do czynienia z bandą kretynów, a sobie przyczepiła znaczek „science… bitch”.

Tak samo wyglądała sprawa z niektórymi wątkami, na przykład „plagami biblijnymi”. Najpierw są, a potem ich nie ma i wszyscy o nich zapominają, tak jak niektórzy bohaterowie (ekhm, Norrie) o swoich bliskich. Niekonsekwencje aż biją po oczach. Postacie niepotrzebne są usuwane (i to całkiem dosłownie) z powierzchni ziemi i pamięci mieszkańców Chester’s Mill. Ci również zapominają, że ktoś zamordował kogoś, czy przyczynił się do czegoś złego, co wydaje się trochę dziwne biorąc pod uwagę sąd na Dalem pod koniec pierwszego sezonu.
Generalnie mieszkańcy jako ogół przestali się w sumie liczyć, akcja skupiała się wyłącznie na pierwszoplanowych bohaterach, a problemy socjologiczne uleciały do stratosfery. Twórcy "Under the Dome" zamiast skoncentrować się na wybranych, najważniejszych kwestiach, po omacku wrzucali do scenariusza wszystko co się tylko da. Konsekwencją tego było nawarstwienie się wątków, a nie sposób było je wszystkie rozwiązać, więc… wyrzucano je po prostu do kosza.
Z czasem zaczęło tez irytować zbyt nachalne product placements. Momentami miałem wrażenie, że konkretna akcja dzieje się tylko dlatego, żeby Joe mógł sięgnąć po tablet Surface i sprawdzić, czy w okolicy nie ma internetu. Chociaż to i tak nic przy najbardziej denerwującym bohaterze "Under the Dome" – Big Jimie. Budowanie tej postaci przez twórców serialu, przypomina jazdę na rollercoasterze. Brak zdecydowania wobec Jima osiągnął szczyt w ostatnim odcinku, gdy ta postać zaczęła już nawet grozić samej kopule, bytem którego nie skrzywdziła bomba atomowa i który konsekwentnie wypełnia swój plan. Losy Jima pozostają nieznane (do następnego sezonu), ale łatwo je można przewidzieć.
Najgorsze chyba jednak jest to, że "Under the Dome" nie uchyliło do tej pory rąbka wielkiej tajemnicy. W tym serialu chodzi o nieznane pochodzenie, niewidzialnej i niezniszczalnej bariery, ale po 26 odcinkach, to chyba lekka przesada. Po zakończeniu drugiego sezonu wiemy równie mało, co na jego początku. A do następnych odcinków trzeba czekać rok, ech.