Zapewne każdy zna typ takiego dziadka, który jest przeświadczony, że kiedyś to było, a teraz to nie ma, plus dzisiejsza młodzież oczywiście nie zna życia. Jeśli macie dość takich ludzi, to Tyler Perry właśnie pokazuje widzom środkowy palec i funduje to aż w nadmiarze.

Pamiętacie "Co ty wiesz o swoim dziadku?". To film z 2016 roku, w którym Zac Efron gra korpo-sztywniaka, a Robert De Niro jego dziadka, który pokazuje mu "prawdziwy świat" polegający głównie na używkach oraz seksualnych fiksacjach i aluzjach. Widząc zwiastun "Joe odwiedza uniwerki" w głowie rysował mi się obraz zbliżonego kina, zwłaszcza jeśli chodzi o jakość i humor. Jedna z pierwszych myśli, która pojawiła się po zobaczeniu materiału zapowiadającego film brzmiała: "jakie brudy ma Tyler Perry na Netfliksa, że może swobodnie kręcić coś takiego?"
Joe odwiedza uniwerki - recenzja filmu.
Brian (Tyler Perry) wraca do domu w dobrym humorze. W środku zastaje swojego syna, BJ-a (Jermaine Harris), który właśnie rozmawia z kolegami na temat wyboru uczelni, na którą planuje się wybrać. Gdy ojciec włącza się do dyskusji, okazuje się, że chłopak nie traktuje kwestii rasowych jako coś istotnego, a Brian orientuje się, że chcąc wychować syna jak należy, pozbawił go świadomości tego, kim jest. Choć bardzo się przed tym wzbrania, ostatecznie decyduje się, by do wycieczki, którą BJ planuje w ramach odwiedzania uczelni, dokooptować Joe (Tyler Perry), swojego ojca i zarazem dziadka przyszłego studenta. Cel? Nauczyć młodego życia, zanim wyfrunie z gniazda na dobre.
Spoiler: nie ma tutaj żadnego odwiedzania uniwerków.
Film otwiera plansza, która wykłada widzowi kawę na ławę i przygotowuje na to, co nadejdzie: oto główny bohater będzie stary, wulgarny, nierozumiejący zmieniającego się świata, ale (przez to?) również zabawny. To przynajmniej jest teoria. Realia bardzo, ale to bardzo mocno zderzają ją z ziemią. Jasne, każdy człowiek ma inne poczucie humoru - jedni są bardzo wyczuleni na punkcie tego, kogo i co można atakować, inni nie pieszczą się w tańcu, zastępują przecinki wulgaryzmami i absolutnie nie mają oporów przed ekstremalnym - niektórzy użyliby nawet słowa "fekalnym" - poziomem żartów.
Osobiście sytuuję się gdzieś pośrodku - lubię nieco bardziej pomysłowy humor, ale wychowałem się chociażby na "Dużych dzieciach" czy "Tedzie", niejedną parodię w życiu też widziałem. Niestety, "Joe odwiedza uniwerki" to parodia parodii. Kino, które na szczęście jest dostępne do obejrzenia w streamingu - dzięki temu łatwiej jest je wyłączyć i usunąć z pamięci. Tyler Perry jako reżyser i scenarzysta zarazem poszedł najprostszą i najgorszą możliwą drogą. Oczywiście, komedia nie zawsze wymaga wielowymiarowości, ale byłoby ciekawiej, gdyby nie uciekała się do najtańszych i najgłupszych instynktów. W przypadku tytułowego bohatera i jego wnuka mamy szczyt takiego podejścia, przez które już po kilku minutach chce się wyłączyć film.

Joe to "dziad" w jak najgorszym znaczeniu - były alfons i fatalny, przemocowy ojciec, którego metodą na nauczenie syna pływać jest wrzucenie go do jeziora z aligatora (to nawet nie jest metafora!). Za czasów Joe było prosto, rodzica się bało, a pierwszy raz odbywało w wieku kilku lat, a w myśl jego wizji pasy w aucie są niepotrzebne, zaś kanibalizm i cunnilingus to to samo słowo. BJ zaś jest złożony ze wszystkich etykiet, które mają wyśmiewać pokolenie Z - alergik, pielęgnujący skórę w sześciu etapach weganin dbający o środowisko, zanurzony w TikToku (albo TikerToku czy TakoTikerze, jak mawia Joe), zwracający uwagę na toksyczną męskość, uprzedmiotowienie kobiet, patriarchat. Łatwo zestawić te dwa leżące po przeciwnych stronach bieguny: stary vs młody, ordynarny vs grzeczny, doświadczony vs niedoświadczony i uczynić z tego główny punkt komedii.
Perry nie zadał sobie jednak żadnego trudu, by podejść do tego z pomysłem, jakąkolwiek inwencją. Ten film ma krótkie przebłyski, w których zdaje się mieć dobre intencje. Dotyka w końcu kwestii różnic pokoleniowych w postrzeganiu świata, znajomości własnej historii, tego jak współczesna kultura i edukacja ją dosłownie i w przenośni wybiela (przyznaję, żart z Austinem Butlerem to jeden z nielicznych udanych), a także tego, jak wyglądały losy czarnej społeczności na przestrzeni lat. Ba, sam wątek ojca wychowującego swojego syna w oderwaniu od szans na poznanie własnego dziedzictwa ma naprawdę niezły potencjał. Dobrymi chęciami jest jednak piekło wybrukowane.
W przypadku "Joe odwiedza uniwerki" mamy do czynienia z wyjątkowymi, piekielnymi mękami.
Czuję, że jedynymi odbiorcami, którym zupełnie szczerze ten film się spodoba, są ludzie o myśleniu zbliżonym do tego prezentowanego przez głównego bohatera, stęsknieni za czasami, kiedy patrzenie na kobietę jak na kawałek mięsa było czymś powszechnie akceptowanym. No i standardowo: dzisiejsi młodzi nic nie wiedzą, niczego nie znają, są mięczakami. Jak nie mają doświadczenia w relacjach damsko-męskich, to są gejami, a współczesne prostytutki zachowują się skandalicznie, bo chcą przerw, wody butelkowanej i związków zawodowych. I tak przez niecałe dwie godziny.

Wszelkie potencjalnie ciekawe obserwacje nikną w morzu okrutnie złego smaku, obrzydliwego humoru i stereotypów, których utrwalanie jest uznawane za coś zabawnego. Obaj bohaterowie nie mają grama osobowości, która zostaje zastąpiona przez slogany i karykaturę. Oczywiście, dla minimalnego fabularnego porządku Joe z czasem ujawni swoje bardziej zatroskane oblicze starego człowieka, skrywającego swoją dumę z syna i wnuka pod skorupą wulgarnego twardziela, a BJ zrozumie swoją historyczną ignorancję, ale czy jest to warte 111 minut uwagi widza i Tylera Perry'ego wcielającego się w trzy role, w tym jedną kobiecą? Moim zdaniem nie.
"Joe odwiedza uniwerki" jest narysowany ekstremalnie grubą kreską. Przy tym filmie wiele "niegrzecznych komedii" to przedszkolaki. Tyler Perry nie ma żadnych zahamowań i choć teoretycznie chce przekazać coś wartościowego, ponosi druzgocącą klęskę, z której widz prawdopodobnie zapamięta tylko nieudolne próby obracania tego, co nieśmieszne, w śmieszne.
"Joe odwiedza uniwerki" jest dostępny do obejrzenia na Netfliksie.
Więcej o ofercie Netfliksa przeczytacie na Spider's Web:
- Netflix nadrabia zaległości. Prequel Yellowstone już dostępny
- Nowy dreszczowiec rozgromił użytkowników Netfliksa. Kolejny sezon ma być ASAP
- Za granicą polecają polski serial. Nowość Netfliksa porównywana do Czarnobyla
- Użytkownicy Netfliksa wsiąknęli w ten dreszczowiec. Zarywają dla niego nocki
- Uwielbiany kryminał Netfliksa zmienia scenerię. Tego nikt się nie spodziewał







































