Nie od dziś wiadomo, że Emerald Fennell jest reżyserką, która, niezależnie od opinii, charakteruje się własną wizją, odbiegającą od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ulega wątpliwości, że reżyserka wzburzy wielu. "Wichrowe Wzgórza" z pewnością nie są jej najlepszym dziełem, ale warto dać temu filmowi szansę.

Chyba nie skłamię, pisząc, że opowieść o Catherine i Heathcliffie zalicza się do grona kultowych, zwłaszcza gdy mowa o historiach o równie intensywnej, co wyniszczającej miłości. Kino od dziesiątek lat nie było głuche na efekt pisarskiego talentu Emily Brontë - za ekranizację jej dzieła brali się Wyler, Buñuel, Rivette, a w najsłynniejszej z 1992 roku, aktorski udział wzięli Ralph Fiennes i Juliette Binoche. Margot Robbie i Jacob Elordi, najnowsi odtwórcy głównych ról, mieli niemałe buty do wskoczenia. Tym bardziej, że o filmie w ostatnich tygodniach mówiło się, że na zewnątrz jest piękny, ale w środku nie ma aż tak dużo do zaoferowania. Czy to okazało się prawdą?
Wichrowe Wzgórza - recenzja filmu. Wieją wichry namiętności
Tytułowe Wichrowe Wzgórza to miejsce, w którym poznajemy małą Catherine (Charlotte Mellington), wyraźnie szlachecko usposobioną córkę właściciela posiadłości, pana Earmshawa (Martin Clunes). Mężczyzna pewnego dnia przyprowadza do domu Heathcliffa (Owen Cooper), ubogiego, nieumiejącego czytać i pisać chłopca. Dzieci z czasem, pomimo przeciwności, przywiązują się do siebie. Dorosłe życie wygląda jednak inaczej niż obydwoje po cichu marzą. Heathcliff (Jacob Elordi) jest sługą Earnshawów, zaś Kathy (Margot Robbie) marzy o dostatku, co przybiera na sile, gdy w pobliżu pojawia się rodzina Lintonów na czele z Edgarem (Shazad Latif). Wówczas dokonuje się kluczowy zwrot, który zaważy na równie gorącym, co wyniszczającym uczuciu łączącym dwoje głównych bohaterów.
Od razu zastrzegam, że będę odnosił się bezpośrednio do filmu z prostej przyczyny: nie czytałem powieści Emily Brontë, będącej literackim oryginałem historii. Prawdopodobnie powinienem - Emerald Fennell wzięła bowiem na tapet wielki klasyk. Dla reżyserki (i scenarzystki zarazem) "Wichrowe Wzgórza" są trzecim filmem w karierze, ale z pewnością najbardziej dzielącym publiczność. Artystka zachwyciła świat w "Obiecującej. Młodej. Kobiecie", w "Saltburn" pokazała ambicje do zaglądania w głąb wielkich dworów i przyglądania się klasowym relacjom łączącym bohaterów. Jej najnowsze dzieło kontynuuje ten trend i choć nie wszystko robi dobrze, daleko mi do nazwania go porażką.
Powszechnie wiadomo, że miłość jest siłą, która wymyka się wszystkim konwenansom i etykietom, nie pozwala za ich sprawą wybierać obiektu westchnień, kieruje się przesłankami nie zawsze racjonalnymi. "Wichrowe Wzgórza" w wydaniu Fennell to opowieść, która zdecydowanie bardziej koncentruje się na obrazie zakazanego uczucia. Catherine i Heathcliff praktycznie od początku je czują, jednak żaden etap ich życia nie wspiera szans na to, by je uwolnić. Wpierw dziecięce, niewinne zabawy, później spojrzenia, gesty czy ucieczki poza posiadłości.
Reżyserka szuka w obojgu dusz, które desperacko chcą się odnaleźć, ale wiedzą, że w obecnym świecie jest to mało realne.
Ten aspekt relacji Kathy i Heathcliffa udaje się oddać - Fennell skutecznie operuje subtelnościami, a po zachowaniu, drobnych spojrzeniach i gestach bohaterów wiemy, że łączy ich to, co nie powinno. Tym bardziej zaskakuje, że twórczyni nie wywiązuje się z obietnicy, która de facto stała się jednym z punktów zapalnych dyskusji wokół filmu. Była mowa chociażby o przesadnie intensywnym, hiperseksualnym tonie, a tymczasem "Wichrowe Wzgórza", poza paroma momentami, są pod tym kątem zaskakująco grzeczne, pozbawione ciekawie pokazanych, rozgrzewających od środka, cielesnych scen. Fennell nie stroni od sugestii w postaci innych płynów i kształtów (scena z książką - szczerze zabawna!), ale zawodzi tam, gdzie prawdopodobnie najwięcej oczekiwano.
Istotnym elementem "Wichrowych Wzgórz" niewątpliwie jest wątek klasowy, stanowiący de facto główną przeszkodę w płomiennej miłości głównych bohaterów. Choć całości brakuje bardziej wyrazistego i drapieżnego komentarza, podobało mi się np. to, co Fennell zrobiła z Catherine, kładąc duży nacisk na jej mentalność. Nie demonizuje jej, dostrzega trudne warunki, w których się wychowywała, ale sporo czasu poświęca jej "stanowi umysłu", pełnemu kaprysów egoistycznej bogaczki, przeświadczonej, że wszystko kręci się wokół niej, niepotrafiącej zrozumieć sytuacji osób, które ją otaczają. Taka właśnie jest filmowa Catherine - niekoniecznie świadoma swojego okrucieństwa, ale równocześnie, niezależnie od przepychu na zewnątrz, krucha w środku. Chciałaby kochać zdrowo, ale nie potrafi. Równie mocno da się jej nienawidzić, co współczuć.

Heathcliff w tym wydaniu jest raczej bardziej postacią tragiczną, aniżeli dziką czy nieokiełznaną. Choć fizjonomia wcielającego się w niego aktora sprzyja poczuciu grozy i nieprzewidywalności, to tutaj wynika ono bardziej z poczucia wewnętrznego bólu. Nie czuć aż tak, że staje się niebezpieczny - znacznie bardziej postrzega się go jako cierpiącego, złamanego uczuciowo bohatera. Czy to źle? Generalnie nie, ale jeśli sprzedaje się nam Heathcliffa jako pociągające zagrożenie przynoszące zemstę, to warto zadbać, by faktycznie się je czuło. Nieźle wypada wątek Edgara, którego łatwo byłoby zaszufladkować jako typowego bogacza. Fennell daje mu miejsce w tej historii, pokazując go jako bohatera w potrzasku, zapewne szczerze kochającego Kathy, ale coraz bardziej świadomego, że to nie on jest numerem jeden w jej sercu.
Jednym z najbardziej przykuwających uwagę elementów jest casting. Emerald Fennell postanowiła obsadzić w głównych rolach niewątpliwie pięknych i utalentowanych ludzi. Margot Robbie od dawna pokazuje, że jest jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia. Miała lepsze role niż Cathy, ale nie zmienia to faktu, że w "Wichrowych Wzgórzach" wypada znakomicie. Wierzchnie piękno postaci zmyślnie koresponduje z osobowością pokrzywdzonej przez życie, ale równocześnie rozpuszczonej i wybitnie odpychającej swoim zachowaniem damy. Robbie doskonale łapie te niuanse i ukazuje wielowarstwowość swojej bohaterki.
Choć scenariusz nie zawsze jest mu sojusznikiem, Jacob Elordi świetnie wywiązuje się ze swojego zadania w obu "wersjach" swojej postaci. W pierwszym akcie wypada nawet lepiej - wówczas najmocniej czuć atmosferę zakazanego, niewypowiedzianego uczucia, które wkrótce stanie się dla obojga przekleństwem. Z aktora wówczas bije jeszcze pewna łagodność, ale jego bohater jest na aktywnej drodze do bólu i wściekłości. Nie może znieść nie tylko swojego statusu, ale (przede wszystkim) tego, że Cathy postrzega go jako przeszkodę dla ich miłości. Później widzimy Heathcliffa jako przystojnego brutala, który z zemsty chce zagrać na uczuciach Cathy, ale podświadomie pragnie, zgodnie z własnymi słowami, "być przeklęty wraz z nią".
Groza Heathcliffa wynika bardziej z wyjątkowej i hipnotyzującej aury jak zwykle świetnego Elordiego, niż z tego, jak Fennell napisała bohatera.

Głównym postaciom na drugim planie całkiem sprawnie sekunduje pozostała obsada, zwłaszcza Shazad Latif w roli Edgara, czy Alison Oliver jako Isabelle, która, wplątana pomiędzy Cathy i Heathcliffa, staje się (raczej świadomie) pionkiem w psychologicznej, pozbawionej skrupułów grze pomiędzy obojgiem. Choć Charlotte Mellington i Owen Cooper są na ekranie krótko, jako młodzi Catherine i Heathcliff są absolutnie świetni.
Niekwestionowanym plusem w "Wichrowych Wzgórzach" jest warstwa audiowizualna. Kompozytor Anthony Willis połączył siły z Charli XCX, która napisała piosenki do filmu. Ten duet robi kapitalną robotę, która zachęca do zapoznania się z utworami artystki prędko po wyjściu z kina - przynajmniej tak było w moim przypadku. Jeśli chodzi o operatorską pracę Linusa Sandgrena, to mogę ją opisać tylko w słowach, które należałoby ocenzurować. Oczywiście w jak najlepszym sensie.
Nie ma co owijać w bawełnę - "Wichrowe Wzgórza" to wizualne arcydzieło.
Niemal każdy kadr jest wysmakowany, przemyślany, znaczący, dopieszczony. To, w jaki sposób Szwed gra światłem, cieniem, kształtami, fakturami, jest niesamowite. Wichrowe Wzgórza i Drozdowe Gniazdo w jego wydaniu są jakby rewersami tej samej monety - pierwsze są zimne i surowe, drugie zaś to swego rodzaju pałac, którego wnętrze jest bogate pod każdym względem.
"Wichrowe Wzgórza" Emerald Fennell to film, który zyska równie spore grono zwolenników, co przeciwników. Nie planuję przymykać oko na wady, których tej produkcji nie brakuje, ale skłamałbym, pisząc, że uważam ją za złą. Za sprawą warstwy technicznej swojego filmu, Fennell przenosi nas w inny świat, pełen buzujących, intensywnych i wyniszczających uczuć. Reżyserka nie jest bezbłędna, ale udanie pokazuje miłość jako narkotyk sprawiający ból, wpędzający w szaleństwo, zwłaszcza, gdy uczucie jest niespełnione. To tytuł, który trzeba zobaczyć w kinie, bo inaczej nie poczuje się aż tak tych wszystkich emocji.
"Wichrowe Wzgórza" w kinach od 13 lutego.
Czytaj więcej:
- Aniołki Charliego wracają. Trwają prace nad nowym filmem
- Piep*zyć Mickiewicza 3: gdzie obejrzeć poprzednie filmy online? Sprawdzamy
- Nie spodziewałem się, że ten film podbije HBO Max. Mam mu sporo do zarzucenia
- Boskie science fiction nareszcie w streamingu. Piękny prezent na weekend
- Twórcy genialnego filmu żądają usunięcia ich muzyki z gniotu Amazona







































