Zabawnie jest słuchać rówieśników utyskujących na Netfliksa, że kręci teraz filmy i seriale tak, by widzowie przyspawani do TikToka się w nich nie pogubili. Zapomnieliście już, jak kiedyś wyglądała telewizja?

Netflix jest największym serwisem wideo na żądanie świata, który na stałe wrył się w krajobraz popkultury. Te wczesne produkcje z cyklu Netflix Originals zawsze kojarzyły nam się przez lata z bardzo wysoką jakością. Zatrudniano do ich tworzenia reżyserów i scenarzystów znanych z kinowych hitów, a chociaż kolejne sezony wypuszczano na jeden raz do binge’owania, to przynajmniej dostawaliśmy ich naprawdę sporo i to po 13 odcinków każdy. Długo to jednak nie potrwało.
Netflix zaczął iść w masówkę
Kiedyś z Netfliksem było podobnie jak teraz jest z Apple’em: odpalając cokolwiek wyprodukowanego przez platformę mieliśmy przeświadczenie, że czeka nas seans czegoś co najmniej dobrego, często wybitnego. „Orange is The New Black” i „House of Cards” (z pominięciem ostatniej serii) przetrwały próbę czasu, tak jak seriale na podstawie komiksów Marvela z cyklu „The Defenders”, który obecnie można oglądać w Disney+. Potem nastąpiła jednak „era wzrostu”.
Netflix zaczął zamawiać nowe filmy i seriale na potęgę, w tym od twórców spoza Stanów Zjednoczonych, aby dotrzeć do wszystkich możliwych grup docelowych, a nie tylko do osób zainteresowanych ambitną telewizją premium. I nie ma w tym nic złego! Wiele osób zaczęło jednak utyskiwać to na różnorodność, to na fakt, iż wiele produkcji okazało się lekkostrawnymi papkami, które nie angażowały intelektualnie odbiorcy na takim samym poziomie, jak hity sprzed lat.
Jednocześnie firma zaczęła coraz agresywniej kasować produkcje, które się nie sprawdziły, a rzadko kiedy dostajemy więcej niż trzy sezony. Do tego te ostatnie się skróciły, a standardem dzisiaj jest nie 13, a 8 epizodów. Netflix zaczął eksperymentować też z modelem dystrybucji, a tak jak pierwsze sezony „Stranger Things” trafiały na platformę tego samego dnia, tak już ostatni został rozbity na trzy części, zbliżając platformę do tego tradycyjnego modelu telewizyjnego.
No i do tego wszedł Matt Damon, cały na biało.
Słynny aktor w jednym z ostatnich wywiadów, który wraz z Benem Affleckiem udzielił w ramach promocji ich nowej netfliksowej produkcji „The Rap”, padły słowa o tym, że za kulisami odbywają się rozmowy dotyczące sposobu, w jaki kręcić materiały dla współczesnego odbiorcy. Matt Damon zdradził, że pomysłem jest, aby powtarzać najważniejsze rzeczy po kilka razy, aby widz, który oglądając film lub serial gapi się jednocześnie w telefon, nie przegapił ich.
Wiele osób zaczęło pomstować na platformę Netflix za to, że ogłupia tym samym odbiorców, mówić o „znaku czasów” itd. Problem w tym, że to nie obecne pokolenie scenarzystów wykoncypowało sobie, iż widz może się rozproszyć. Młodszych ludzi, którzy są tym rozczarowani i głośno wyrażają oburzenie, bo przyzwyczaili się do ambitnych filmów seriali z początku ery Netfliksa, rozumiem - ale moich rówieśników, którzy na to pomstują, już nie.
Pamiętam, że oglądając „Templariuszy”, którzy wyszli jakąś dekadę temu na polskim HBO, odniosłem wrażenie, iż scenarzyści najważniejsze informacje dotyczące fabuły wbijają mi do głowy młotkiem na siłę. Skojarzyło mi się to wtedy z… serialami telewizyjnymi sprzed ery VOD, które oglądałem za dzieciaka. W nich również powtarzano istotne kwestie po kilka razy, abym tylko nie przegapił, co uważnego widza ciut uwiera, bo czuje się traktowany trochę jak głupek.
Podczas seansu dwóch pierwszych odcinków miałem wrażenie, że serial nie jest pisany z myślą o widzu przyzwyczajonym do nowoczesnych seriali, które są tak naprawdę podzielonymi na odcinki filmami. […] Istotne elementy fabuły są w dodatku powtarzane kilkukrotnie. Serial, jeśli zwraca uwagę na jakiś szczegół, robi to bez żadnej finezji - byle tylko widz zajmujący się podczas oglądania innymi czynnościami przypadkiem tego nie przegapił - pisałem w swojej recenzji „Templariuszy”
Netflix robi to samo, co kiedyś telewizja.
Drzewiej nie chodziło jednak o to, że uznawani byliśmy od razu za troglodytów, a widzowie przecież nie byli przyspawani do smartfonów, bo te dopiero miały powstać, podobnie jak TikTok i inne współczesne zjadacze czasu. Scenarzyści zdawali sobie natomiast sprawę, iż odbiorcy ich dzieł często odpalają sobie telewizję w domu „do kotleta” lub puszczają kolejne seriale w tle, gdy np. odkurzają chałupę albo myją okna, byle tylko zabić ciszę. Tylko tyle i aż tyle.
Z tego powodu nie mam zamiaru utyskiwać na Netfliksa i inne serwisy VOD, które przecież robią to samo. Nie widzę w tym intencjonalnego ogłupiania widza - prędzej próbę dopasowania się do współczesnego odbiorcy. Nikt ludziom na siłę tych smartfonów do ręki nie wsadza, by scrollowali przed telewizorem kolejne rolki, ale i tak to robią. Jeśli już kogoś za to winić, to nie scenarzystę, tylko twórców mediów społecznościowych, którzy dbają o nasze uzależnienie.
Czytaj inne nasze teksty poświęcone VOD:
No i to nie jest też tak, że Netflix fajnych rzeczy nie wypuszcza, bo wypuszcza. Nowych treści w internecie pojawia się zaś codziennie tyle, że i tak wszystkiego nie obejrzę. Jeśli czuję, że serial nie jest dla mnie, to trudno! To samo tyczy się produkcji, które z jakiegoś powodu mnie rozczarowały obsadą, efektami specjalnymi itd. Wystarczy je zgasić, zapomnieć i żyć dalej. Ani myślę też nie ruszać na krucjatę w social mediach, by wirtualnie scenarzystów ukrzyżować.
Bo w międzyczasie przegapię zwrot akcji w tym ambitniejszym serialu, który tricków Netfliksa nie stosuje, który bym równolegle oglądał.







































