REKLAMA

"Na Zachodzie bez zmian" od Netfliksa to nie film wojenny, tylko prawdziwy horror

Wojna w "Na Zachodzie bez zmian" nie ma w sobie nic z poetyki, do której przyzwyczaiły nas przekazy mediów i kino głównego nurtu. To jest prawdziwy horror, bo twórcy bezlitośnie karmią nas koszmarem rzeczywistości panującej na froncie. Obrazy zmasakrowanych ciał i poczucie wszechogarniającej beznadziejności - to będzie wam towarzyszyć jeszcze długo po seansie.

na zachodzie bez zmian netflix recenzja
REKLAMA

W "War is Beautiful" David Shields przeanalizował fotografie wojenne, które zdobiły okładki kolejnych wydań "The New York Times". Doszedł do wniosku, że przez sposób ich obróbki i dobór prezentowanych w nich wydarzeń estetyzuje konflikty zbrojne. Jego przemyślenia łatwo odnieść do filmów. Bo, nawet jeśli przesłanie kolejnych produkcji jest antywojenne, to charakteryzują je piękne zdjęcia, rozmach realizacyjny i patetyczno-heroiczne dokonania bohaterów. To oddziałuje na psychikę widza. Wż chce się być tym gościem, co w akompaniamencie gradu kul niesie na barkach rannego towarzysza, a potem samotnie szarżuje w stronę całego oddziału wrogiej armii.

Żeby nie było: w "Na Zachodzie bez zmian" zdjęcia są przepiękne i rozmach realizacyjny należy docenić. Nie zdążymy jednak w pełni rozdziawić szczęki w zachwycie nad prezentowaną potęgą francuskiej armii, a jeden z jej pojazdów przejedzie gąsienicą po twarzy bohatera. Bo Edward Berger nie zamierza romantyzować wojny. Na początku usłyszymy płomienną, napędzaną patriotyzmem pogadankę wysoko postawionego oficera, ale jego przemowa zaraz zostanie skonfrontowana z rzeczywistością na froncie.

REKLAMA

Na Zachodzie bez zmian - recenzja filmu wojennego platformy Netflix

"Na Zachodzie bez zmian" jest inne od wszystkiego, do czego przyzwyczaiły nas filmy wojenne. Nie spodziewajcie się, że będzie tak przystępny jak chociażby "1917". Tutaj nie ma bowiem miejsca na nadzieję i zwycięstwo, które czają się gdzieś na horyzoncie. Bo, chociaż to trzecia już adaptacja prozy Ericha Marii Remarque, jej przesłanie jeszcze nigdy nie wybrzmiało z taką mocą. Po Amerykanach (i w drugim przypadku również Brytyjczykach) na kanwę książkę wzięli Niemcy i postanowili opowiedzieć znaną historię z perspektywy swojego kraju. A w tej optymistycznego spojrzenia się nie doszukamy.

W filmie śledzimy losy nieletniego chłopaka w czasie I wojny światowej, któremu kolega sfałszował podpis ojca na pozwoleniu na zaciągnięcie się do wojska. Jest on jednak tylko naszym awatarem. Utożsamiamy się z nim i kolejne wydarzenia śledzimy z jego perspektywy, ale w rzeczywistości głównym bohaterem okazuje się jednak mundur. W prologu widzimy bowiem jak podczas walk ginie jeden z niemieckich żołnierzy. Jego ubranie zaraz zostaje zebrane, zszyte i trafia do rąk wcielonego właśnie do armii Paula.

Pod stołem oficera wydającego zrecyklingowane mundury piętrzy się kupka plakietek z nazwiskami ich poprzednich właścicieli. Berger zwraca na nią naszą uwagę, a jakiś czas potem pokazuje jeszcze stertę nieśmiertelników z danymi poległych mężczyzn. Biorący udział w walkach żołnierze są w ten sposób odczłowieczani - zostają sprowadzeni do roli mięsa armatniego. Bo mają przecież jedynie wypełniać rozkazy napędzanych egotyzmem generałów.

Podczas negocjacji warunków kapitulacji Niemiec w luksusowym pociągu, decydenci siedzą przy obfitym śniadaniu, a wygłodzeni żołnierze kradną gęś francuskiego farmera. Kiedy dla oficera problemem jest obsikany w ciasnej toalecie but, Paul walczy o życie, tarzając się w błocie. Jeden z generałów chce pójść w ślady ojca i osiągnąć na froncie jakiś sukces, ale to tylko marzenie niezrównoważonego maniaka. Wola walki wśród poborowych umiera bowiem wraz z rosnącą liczbą trupów ich towarzyszy. Odwaga i brawura znikają bowiem, gdy po przyjacielu pozostają jedynie okulary.

Na Zachodzie bez zmian - kiedy premiera filmu na platformie Netflix?

REKLAMA

Reżyser na każdym kroku eksponuje efekty absurdalnej pychy dowódców, wypełniając obraz wojny prawdziwą grozą. W końcu nie bez powodu co chwilę flirtuje z estetyką gore. Ujęcia zmasakrowanych ciał z wnętrznościami na wierzchu godne są najlepszych body horrorów. I, uwierzcie mi, odwracanie wzroku od tych kadrów nic wam nie da. Twórcy mają bowiem też inne sposoby, aby zgnieść emocjonalnie widza. Nawet niewinne sceny, jak jazda samochodem, czy wyjście do lasu za potrzebą, nasączone są tu niepokojem za sprawą przejmującej muzyki Volkera Bertelmanna.

Oglądanie "Na Zachodzie bez zmian" nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń, ale na pewno warte jest przeżycia. Berger cały czas obrzuca nas błotem, przez co po seansie aż chce się od razu umyć. Mamy do czynienia z filmem, który tłamsi widza gęstą atmosferą, aby pozostawić go z poczuciem wszechogarniającej beznadziei i bezradności. Dlatego kiedy na koniec przeczytacie, że dziennie podczas I wojny światowej kilkadziesiąt tysięcy niemieckich żołnierzy ginęło "za kilka metrów ziemi", będziecie potrzebować sporo czasu, aby to przetrawić. A co najważniejsze, opowieści o wojennej chwale na zawsze włożycie między bajki.

"Na Zachodzie bez zmian" można jeszcze obejrzeć w kinach studyjnych. 28 października film pojawi się na platformie Netflix.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA