Wiele wskazuje na to, że algorytm targetowania reklam sprawił, że Netflix, trochę niefortunnie, naraził się na oskarżenia o rasizm. Wcale nie bezpodstawne.

Na sytuację zwróciła uwagę blogerka Stacia L. Brown na swoim profilu na Twitterze.
Other Black @netflix users: does your queue do this? Generate posters with the Black cast members on them to try to compel you to watch? This film stars Kristen Bell/Kelsey Grammer and these actors had maaaaybe a 10 cumulative minutes of screen time. 20 lines between them, tops. pic.twitter.com/Sj7rD8wfOS
— stacia l. brown (@slb79) 18 października 2018
Okazało się bowiem, że serwis polecił jej film "Jaki ojciec, taka córka", w którym główne role grają Kelsey Grammer i Kristen Bell, reklamując go plakatem z czarnoskórymi postaciami, które wystąpiły w tej produkcji w rolach epizodycznych.
Blogerka potwierdziła, że to nie przypadkowe niefortunne zdarzenie.
To część przemyślanego targetowania reklam przez Netfliksa postem z kolejnymi plakatami, które uwypukliły czarnoskórą obsadę pojawiającą się na chwilę w danych filmach kosztem głównych bohaterów.
Just did another cursory scroll of suggested watches and the posters they gave me. pic.twitter.com/VoCFJQfWaK
— stacia l. brown (@slb79) 18 października 2018
W odpowiedzi na jej tweeta zaczęły pojawiać się też wpisy innych użytkowników Netfliksa, którym w podobny sposób "proponowano" treści:
Yep! It irritates the fuck out of me. I got so excited about a cartoon with a black female (!) lead the other day, clicked on it and...NOPE! pic.twitter.com/jGQl3cBdkA
— Jennifer (@JNFRNCH) 18 października 2018
Czy jesteśmy tego świadomi czy nie, Netflix nieustannie zbiera dane oraz obserwuje zachowanie swoich subskrybentów, których na chwilę obecną ma ponad 137 mln na całym świecie. Personalizacja treści w końcu jest nie tylko po to, by ułatwić życie użytkownikom, ale przede wszystkim, by umożliwić streamingowemu gigantowi sprzedawanie, proponowanie treści i odpowiednie budowanie biblioteki. Mniej lub bardziej świadomie pomagamy firmom tworzyć ich własne strategie rozwoju i kampanie. I jak wszystko na tym świecie, ma to swoje dobre i złe strony.
oh yes they're very open about "artwork personalization"! https://t.co/gVDm1ZWa8B
— Christine Davitt (@christinedavitt) 18 października 2018
To, że Netflix dobiera zdjęcia promocyjne do swoich tytułów bazując na preferencjach swoich użytkowników to jedno, ale gdy czyniąc to wprowadza ich w błąd, zaczyna przekraczać cienką granicę kłamstwa w reklamie. I jasne, można próbować targetować właściwie każdy film pod kątem poszczególnego odbiorcy. To nawet przydatna i na pewno pomocna funkcja. O ile zrobi się to z głową.
Netflix odpiera zarzuty, jakoby korzystał z wrażliwych danych swoich użytkowników:
Nie pytamy naszych subskrybentów o ich rasę, płeć czy przynależność etniczną, w związku z tym nie możemy targetować przekazu na podstawie takich danych. Jedyne informacje na jakich się opieramy to historia treści przeglądanych przez użytkowników – czytamy w oświadczeniu Netfliksa.
I nawet jeśli tak jest w rzeczywistości, to temu mechanizmowi przydałoby się jakiś usprawnienie. To zresztą kolejny przykład na to, że automatyzacja i mechanizacja potrzebuje jednak ludzkiej ręki. Jeśli pozwolimy maszynom sterować naszym życiem, to może będzie ono łatwiejsze i wygodniejsze, ale, jak dobrze wiemy, algorytm myśli zero-jedynkowo, a świat, niestety, jest o wiele bardziej złożony i pełen niuansów. Nawet jeśli chodzi o zwykłe podpowiadanie, jakie filmy do obejrzenia wybrać na Netfliksie.