REKLAMA

Paweł Kukiz śpiewa jak jest i jak było. "Zakazane piosenki", recenzja sPlay

Kukiz nie wyśmiewający rzeczywistości to żaden Kukiz, dlatego też prawicowy muzyk wraca z nowym albumem w starym (dobrym) stylu. Z tekstów "Zakazanych piosenek" wylewa się złość, żal, wołanie o odrobinę rozsądku, opamiętania, ale także chęć propagowania własnych idei. Kto oczekiwał, że były wokalista Piersi spokornieje, ten grubo się mylił.

Paweł Kukiz śpiewa jak jest i jak było. „Zakazane piosenki”, recenzja sPlay

Każda nowa płyta Pawła Kukiza, to dla niego okazja to wyrażenia własnych prawicowych poglądów. "Zakazane piosenki" są właściwie bardziej komentarzem do politycznych wydarzeń (teraźniejszych i przeszłych), niż zbiorem utworów, które mają wpadać w ucho. Muzyka właściwie jest tu na drugim miejscu, czasami kompletnie nie zwraca się na nią uwagi, ponieważ jest taka... "kukizowa". Mamy więc rock, punk, ostre riffy, mocną perkusję, instrumenty dęte i szaleńcze tempo. Wszystkie piosenki zlewają się w jedną całość, ale nie uważam tego za wadę, która sprawia, że "Zakazane piosenki" to album nudny. Z Kukizem właściwie nie sposób się nudzić.

Słuchacz już z pierwszym utworem (Dnia Czwartego Czerwca) wkracza w swoisty, bardzo mroczny świat autora tekstów, który nie stroni od wulgaryzmów i osobistych wycieczek wobec niektórych polityków czy ludzi z polityką związanych. "Banda stolca okrągłego", "moskiewskie pachołki", "zdrajcy z opozycji" - to przykłady mniej przychylnych zwrotów i odniesień do trudnego okresu przemian dla Polski. Nie należę do pokolenia, które ten czas mogłoby pamiętać, ale z tekstu Dnia Czwartego Czerwca wyłania mi się obraz kraju, który został sprzedany, rozgrabiony, a opinia publiczna jest w nim wiecznie manipulowana. Tym samym, Kukiz jawi się tu jako człowiek zmęczony i wielce rozgoryczony, ale jego stan psychiczny łatwo zrozumieć. Po latach walki o wolny kraj i życia marzeniami o wielkich zmianach, szara rzeczywistość okazała się zbyt brutalna.

Te gorzkie słowa to jednak tylko wstęp i budowanie odpowiedniego historycznego zaplecza do dalszej opowieści. Następna piosenka, Nastolatek, czyli Dejavu, łączy przeszłość z teraźniejszością i uświadamia słuchaczowi, że mimo upływu lat i zmiany systemu, nic się właściwie nie zmieniło. O dziwo, Kukiz to chyba jedyny muzyk (obok Kazika), który w bezpardonowy sposób komentuje aktualną sytuację polityczną w kraju. Jasne, zawsze to robił, ale dziwię się, że nikt inny oprócz niego nie czyni tego w podobny sposób. Przynajmniej nikt w mainstreamie - o ile w ogóle takiego określenia mogę użyć wobec Kukiza. Wydaje się, że polityczna zawierucha młodych artystów w ogóle nie interesuje, ale może to i lepiej?

Kukiz w swoich tekstach uderza też w ostracyzm poglądowy, "ciemnogród" i "faszyzm". W piosence Samokrytyka (dla Michnika) w ironiczny sposób bije się w pierś za poglądy odmienne od tych uważanych powszechnie za pożądane. Śpiewa o sobie "jestem moher", "pomyleńcem", "katolem", "wrogiem Unii Europejskiej" i daje do zrozumienia wrogom, że jego prawicowe idee, który mu przyświecają, nie muszą oznaczać jednoznacznej kategoryzacji. Kukiz wyśmiewa podział na świat czarno-biały i dopinanie mu łatki "kołtuna", który nie wpisuje się w nowoczesny sposób myślenia. Następnie w Rozmowach u Sowy dostaje się obecnemu obozowi władzy.

Muzyk nie bawi się w zawiłe metafory, ale stawia sprawę jasno. Otaczają nas esbecy, kłamcy, oszuści i zdrajcy. Kukiz swoje oświadczenia polewa punkową benzyną i podpala. Słuchacza namawia zresztą do tego samego i pokazuje palcem kto jest winien obecnej (złej) sytuacji w kraju. Po skończeniu "Zakazanych piosenek" ja mam jednak ochotę trochę odpocząć, zadzwonić do Kukiza żeby umówić się z nim na piwo i porozmawiać. Może trochę uspokoić go, że tak źle nie jest. Wysłuchać jego opowieści i poklepać po ramieniu. Po prostu trochę przykro człowiekowi, że stary punkowiec nadal musi sam toczyć swoją wojną.

Jacek Zajączkowski
Redaktor