Zwierzęta mają długą i szeroką historię występowania w filmach jako zabójcze stworzenia, istoty, które zostały udomowione a z czasem powracają do swojej prawdziwej, dzikiej natury. "Szympans" kontynuuje tę tradycję, gwarantując raczej niekoniecznie świeżą, ale wciąż oglądalną, porządną rozrywkę.

Na wieść o premierze tego filmu miałem flashbacki z premiery "Slotherhouse" - horroru sprzed trzech lat, w którym głównym sprawcą krwawej masakry był leniwiec. Pomysł ciekawy, ale wykonanie było przegięte do znacznej, nieznośnej przesady. Johannes Roberts, reżyser i scenarzysta "Szympansa" ma wprawę w tworzeniu kina grozy silnie zahaczającego o B-klasowe klimaty, niezbyt aspirującego do wysokiej jakości czy złożonej psychologicznie lub tematycznie fabuły. Sama koncepcja jego nowego filmu mogłaby sugerować jakiś komentarz do relacji człowieka z naturą, ale to zdecydowanie nie te klimaty. Tutaj twórca obiecuje przede wszystkim mięso oraz dobrą, krwawą zabawę i wywiązuje się z tego.
Szympans - recenzja filmu. Małpa machiną śmierci
Lucy (Johnny Sequoyah) wraca w rodzinne strony wraz z przyjaciółką Kate (Victoria Wyant), Nickiem (Benjamin Cheng) towarzyszącą im, niezbyt lubianą przez tę pierwszą, Hannah (Jessica Alexander). Na miejscu czeka na nich Adam (Troy Kotsur), ojciec Lucy, który jest słynnym, głuchoniemym pisarzem. Nie są oni jednak jedynymi lokatorami położonego blisko klifu domu - mieszka z nimi również Ben, nauczony komunikacji za pomocą specjalnego tabletu inteligentny szympans, którym zajmowała się zmarła niedawno matka Lucy, lingwistka. Wskutek ugryzienia Ben zaraża się wścieklizną i z udomowionego przyjaciela domu staje się bezwzględną bestią.
"Szympans" to kino złożone z dość standardowych, typowych fabularnych tropów: mamy młodych imprezowiczów, którzy nie zawsze postępują logicznie, mają tekturową podbudowę i quasi-konflikty, zwierzę które jest miłe, a potem zabija oraz oczywiście odcięcie od świata. Nie ma tutaj raczej wielkich zaskoczeń ani tym bardziej dużych zwrotów akcji, natomiast film jest dość zdyscyplinowany pod kątem długości - 90-minutowy metraż jest w punkt, unikający dłużyzn. Jest również pomysłowe wykorzystanie castingu głuchoniemego aktora, wcielającego się w rolę ojca Lucy. Choć chciałoby się nadać tej postaci jeszcze większe fabularne znaczenie, czuć, że Roberts ma jakiś pomysł, jak tę kwestię ograć i przy okazji nie uczynić z tego skromnego wątku taniej sztuczki.

A sztukmistrzem reżyser jest nienajgorszym. "Szympans" stoi przede wszystkim umiejętnym wzbudzaniem grozy przy udziale tytułowego bohatera, który okazuje się nie być wytworem technologii, a aktorem w kostiumie. Tym większy szacun, bo w ogóle tego nie widać. Sceny przemocy z udziałem Bena są nieźle nakręcone i po prostu mocne. Posiadaczom słabszej odporności na takie widoki może być łatwo o skrzywienie twarzy na widok tego, co wściekły szympans robi z twarzami osobników, którzy wchodzą mu w drogę.
Zwłaszcza, że kamera lubi skupiać się na nim oraz na wypisanym na jego twarzy, postępującym szaleństwie. Roberts czasami zwalnia jednak tempo i wprowadza nieco humoru - scena "łóżkowa" jest miodzio! Filmowi udaje się też wywołać niepokojący klimat, dyskomfort, który sprawia, że widz nieraz będzie zerkał na dalszy plan, czy przypadkiem Ben nie jest ukryty, szykując się na egzekucję. Niezłą operatorską robotę wykonał tu Stephen Murphy, który nieraz bawi się ciekawymi kadrami.
Ciężko uwierzyć, że szympans to wynik efektów praktycznych oraz doskonałej pracy Miguela Torresa Umby, który się w niego wciela.
Aktor odwalił kawał dobrej roboty, podobnież pion techniczny, który doskonale ukrył go i nie pozwolił się zorientować, z kim mamy do czynienia. Ben w jego wykonaniu jest brutalny, porusza się bardzo sprawnie i skutecznie wywołuje przerażenie swoim zachowaniem. Dobrze jest też widzieć w takim projekcie laureata Oscara za rolę w filmie "CODA", Troya Kotsura. Głuchoniemy aktor, wcielający się w Adama, jest postacią drugiego planu, ale swoim talentem zjada na śniadanie wszystkich głównych bohaterów.
Bohaterowie "Szympansa" z Adamem na czele nieraz posługuje się językiem migowym - czy to do niego, czy to do Bena. Dobrze, że kino otwiera się coraz bardziej na społeczność używającą tej formy komunikacji, a w "Szympansie jest to osadzone naprawdę sensownie. Główna bohaterka, Lucy, grana przez Johnny Sequoyah jest w porządku, ale podobnie jak reszta młodej obsady - jest blado napisana i nie za bardzo potrafi z tego czegokolwiek wyciągnąć.

"Szympans" to kino, które raczej nikogo wielce nie zaskoczy - ekspresowa ekspozycja prędko zmienia się w dość efektowną i nieźle pokazaną małpią rzeź. To prosta historia, do której niespecjalnie jest sens dorabiać dodatkowe konteksty, a Johannes Roberts stawia sprawę jasno: ma być mocno, ma być mięso, ma być kliszowo. Czasami tyle wystarczy, by przynieść nieidealną, ale skuteczną rozrywkę.
"Szympans" jest dostępny do obejrzenia w kinach od 30 stycznia.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Nowy thriller science fiction Netfliksa wygląda cool. Reacher w mundurze
- Nowy serial Apple TV pod ostrzałem. Padły mocne oskarżenia
- Wybitne sci-fi i thriller psychologiczny rządzi w HBO Max. Nie dziwi mnie to
- Wielkie emocje po seansie nowych Wichrowych Wzgórz. Opinie są jednogłośne
- Aż 3 role w jednym filmie. Panna młoda! to wielki popis Jessie Buckley







































