REKLAMA

„Jeden gniewny człowiek” to kino zemsty, za jakim tęskniliśmy. Guy Ritchie powraca ze swoim najdojrzalszym filmem

W „Jednym gniewnym człowieku” Guy Ritchie wykorzystuje narrację „Konwojenta” z 2004 roku i wyciska z niego cały pulpowy potencjał. Serwuje w ten sposób kino zemsty pełną gębą, w którym chwyta nas za gardło już w pierwszej scenie i nie puszcza do samego końca.

jeden gniewny człowiek recenzja opinie premiera
REKLAMA

W jednej ze scen filmu główny bohater zostaje nazwany „mrocznym duchem”. Dokładnie tym jest dla widzów. Od początku coś ukrywa. Kiedy stara się o pracę konwojenta, ledwo zdaje testy na strzelnicy, ale gdy jego ciężarówkę atakuje grupa zbirów, każda z kul trafia bez pudła w głowę przeciwnika. Nie jest to już zwykły facet postawiony w ekstremalnej sytuacji jak w „Konwojencie”. We francuskim oryginale Nicolas Boukhrief mnożył konteksty poruszając tematy recesji, bezrobocia, czy nawet ksenofobii. Guya Ritchiego nie interesuje społeczne zaangażowanie. Skupia się on na pulpowym wymiarze swojej opowieści.

Genezy tytułowego „Jednego gniewnego człowieka” należy się tym samym doszukiwać w literackim hardboiled, bądź kinie noir. Mamy tutaj do czynienia z nieco zapomnianym już przez kino archetypem twardziela, którego definiują bezkompromisowość i zdolności, a nie samoświadomość i uczucia. Ritchie rezygnuje nawet z tradycyjnej ekspozycji. Na poznanie motywacji H. przyjdzie nam trochę poczekać, ale nie martwcie się, odkryjemy w końcu, dlaczego postanowił dołączyć do firmy konwojowej. Nie dowiemy się za to, kim tak naprawdę jest. Do samego końca jest nieodgadnioną zagadką. Reżyser nie zamierza odkrywać wszystkich kart i zamiast tego wybiera ciągłą ambiwalencję.

REKLAMA

H. wydaje się odrealniony, wyciągnięty wprost z piekła.

Jego komórka nieraz rozbrzmiewa Cwałem Walkirii Richarda Wagnera i niczym inkantacje demona niemal wszędzie podążają za nim wariacje jednego, złowrogiego motywu muzycznego skomponowane przez Chrisa Bensteada. Wiemy, że nie ma z nim żartów i chociaż niespecjalnie można się z nim utożsamiać, to kibicujemy mu w walce o sprawiedliwość. Ritchie zastosował bowiem bardzo prosty zabieg. Oto prezentuje nam bohatera z wyrazistym kodeksem moralnym. Kiedy w poszukiwaniu zemsty trafia na braci zajmujących się realizowaniem pedofilskiego porno, zabija ich, a nieletnim dziewczynom daje pieniądze. W zdegenerowanym świecie jest jedynym, który jest w stanie wprowadzić odpowiadające nam zasady. Staje się silnym ramieniem, o jakie z łatwością możemy się oprzeć.

Jason Statham kreuje H. z charyzmą godną gwiazdorów ejtisowego kina akcji. Wzorem Sylvestra Stallone'a w „Cobrze” czy Arnolda Schwarzeneggera w „Jak to się robi w Chicago” walczących w imię konserwatywnych ideałów Ronalda Reagana bez mrugnięcia okiem rozprawia się z każdą napotkaną szumowiną. Kiedy w jednej ze scen wychodzi z ciężarówki i odsłania swoją twarz przed atakującymi ją napastnikami, przejmuje nas ta sama groza co ich. Nie ma w nim ani krzty autoironii. On się nawet nie uśmiecha. Bucha za to nieskrępowaną przywódczą, mitologiczną wręcz energią, przez którą nie sposób oderwać się od ekranu. W świecie przedstawionym podporządkowuje sobie całą przestrzeń i narzuca wszystkim swoją wolę.

Ritchie prezentuje nam tu cały przekrój różnorodnych modeli męskości. Oglądając film, wchodzimy do bezwzględnie maskulinistycznego świata, w którym kolejne dialogi między bohaterami można określić mianem porównywania wielkości przyrodzenia. Wszystko opływa testosteronem, ale nie zabrakło też miejsca na charakterystyczną dla reżysera postać wymoczka jedynie udającego twardziela. I jest to jeden z niewielu zabiegów w tym filmie, przy jakim fani twórcy „Rock'N'Rolli” poczują swojski klimat. Prócz może dwóch scen nie ma tu nawet teledyskowego montażu znanego z sygnowanych jego nazwiskiem produkcji.

 class="wp-image-1730320"
Jeden gniewny człowiek/Monolith

To aż zaskakujące, że taki maksymalista i efekciarz jak Ritchie, zdecydował się na tak daleko idącą powściągliwość.

Po „Dżentelmenach” można było się spodziewać, że powrócił do korzeni sięgających „Porachunków” i „Przekrętu”. „Jeden gniewny człowiek” może być dla fanów takim samym szokiem, co poprzedni projekt reżysera ze Stathamem. Nie znajdziemy tu jednak wyeksponowanego surrealizmu i poszukiwania odkupienia jak w „Revolverze”. Nie ma też chwytliwych one-linerów ani gangsterskiego humoru wywracającego konwencję gatunku na nice. To film przytłaczający swoją powagą i osaczający nas z każdej strony duszącą atmosferą.

„Jeden gniewny człowiek” to najdojrzalszy jak do tej pory projekt reżysera, w którym twórca nie próbuje nas mamić, wzbogacając swoją historię widowiskowymi zabiegami. Fabuła rozegrana jest na niskich tonach, przez co nosi znamiona napakowanej przemocą ballady filmowej. W jednej z ostatnich scen, kiedy obserwujemy niemiłosiernie rozciąganą w czasie rzeź, pobrzmiewają nawet echa „Dzikiej bandy” Sama Peckinpaha. Nie spodziewajcie się więc rozluźniającego letniego kina. Mamy do czynienia z produkcją nastawioną na przetrzepanie widza i przetarcie nim podłogi. Razem z H. zatapiamy się coraz bardziej w świecie przedstawionym, ale kiedy przyjdzie nam go opuścić poczujemy ulgę i żal, że seans tak szybko się skończył.

REKLAMA

Przedpremierowe pokazy „Jednego gniewnego człowieka” już w kinach. Film wchodzi do regularnej dystrybucji w piątek, 4 czerwca.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA