Najoryginalniejszy serial Netfliksa powrócił. Jest nieco uboższy, ale wciąż olśniewa
Jeden z najoryginalniejszych seriali Netfliksa powrócił z 4. sezonem. „Miłość, śmierć i roboty” to wciąż odświeżający, kreatywny misz-masz w formacie, który może zniechęcać, ale który z całą pewnością zasługuje na to, by uparcie wykładać kasę na kolejne odsłony.
OCENA

Rzecz w tym, że „Miłość, śmierć i roboty” to taki twór, który może odrzucać - i w ogóle nie dziwię się tym, którzy nie potrafią się do niego przekonać. Mówimy przecież o wyjątkowo niespójnej antologii: jeden sezon obejmuje różne gatunki, tony, style animacji i narracji. Jasne, można doszukiwać się jakieś przewodniej myśli, która mniej lub bardziej łączy ze sobą epizody (tym razem jest, to, myślę, ludzka arogancja, głupota i okrucieństwo), jednak w istocie mamy do czynienia z bardzo niestabilną przejażdżką.
A co za tym idzie: z produkcją, siłą rzeczy, nierówną. Taką, która w jednym momencie może zmęczyć i znużyć, a chwilę później zachwycić. A zatem i taką, którą trudno jednoznacznie ocenić, wyznaczyć jedno kryterium tejże oceny. Mimo tego uważam „Miłość...” za twór niezwykle wartościowy: Netflix dociera do studiów animacji z całego świata i daje im wolą rękę do stworzenia kolejnych zapadających w pamięć, często bardzo innowacyjnych krótkometrażowych filmów gatunkowych. Artyści nie są trzymani w ryzach, dostają sporo przestrzeni, co skutkuje wyzwoleniem kreatywności. Dlatego też - tak uważam - tego typu projekty powinny być wspierane przez konsumentów. To szansa na tworzenie prawdziwej sztuki.
Miłość, śmierć i roboty - sezon 4. Opinia o serialu Netfliksa
Dlatego też jestem w porządku z tym, że nie każdy z epizodów mnie zaangażował - inna sprawa, że jest to trudne wyzwanie w kontekście odcinków, z których tym razem żaden nie dobił choćby do 20 minut czasu trwania (wolę nieco dłuższe formy, ba, w ogóle nie jestem fanem krótkiego metrażu, ale to już sfera bardzo indywidualnych preferencji). Od kilku się odbiłem, kilka ze mną zarezonowało - całościowo jednak jest to rzecz niewątpliwie solidna, piękna i przemyślana. Nikt nie przemycił tam żadnej słabizny; nawet to, co w ogóle mnie nie zagrzało, oceniam jako co najmniej solidny tekst kultury.
Nowa „Miłość...” powraca do światów znanych z poprzednich odsłon, po raz drugi w historii eksperymentuje w formą aktorską, serwuje nam eksperymencik w postaci klipu z udziałem Red Hot Chilli Peppers (i to w reżyserii Davida Finchera - niestety, szef odpowiada tylko za ten niespecjalnie porywający wstęp). Nie mam tyle czasu, by pochylać się z osobna nad każdą nowelką (choć wówczas moglibyśmy mówić o najpełniejszej, najsprawiedliwszej ocenie), ale jeśli miałbym wskazać swoje ulubione, to z pewnością byłyby to:
- Spider Rose (odcinek 3.) - chyba najbardziej poruszający z całego sezonu; opowieść o samotnej, pogrążonej w żałobie kobiecie i jej niepozornym pupili;
- Ta inna duża rzecz (odcinek 5.) - kot i robot zawiązują sojusz, by pozbawić ludzi władzy nad światem i przejąć ją dla siebie. Słodko-gorzka, zabawna i - finalnie - dość makabryczna historia;
- Inteligentne urządzenia i ich głupi właściciele (odcinek 9.) - zdecydowanie najzabawniejsza z nowel;
- Bowiem potrafi się skradać (odcinek 10.) - znów kot, tym razem walczący z diabłem o duszę poety. Hipnotyzujące, klimatyczne.
Doceniam to, że w serial już w ogóle nie stara się przypodobać wszystkim; każdy segment ma swój charakter i naprawdę czuć tę twórczą swobodę. Przy okazji nie sposób oprzeć się wrażeniu, że twórcy nabrali pewności siebie, tworzą bardzo po swojemu, zgodnie ze swoją wizją. Czy przysporzy to produkcji fanów w mainstreamie? Wątpliwe. Czy tego rodzaju uprawiania sztuki filmowej brakuje w popularnych serwisach streamingowych? Owszem. Pragnienie zadowolenia wszystkich odbiorców i narzucane przez studia gorsety zabijają kino, pozbawiają je duszy. Miło, że nie brakuje osób, które chcą stanąć w jej obronie.
„Miłość, śmierć i roboty” to wciąż wydarzenie - coś, czego się doznaje, co bardziej się przeżywa niż ogląda. Raz chybi, innym razem - trafi w sedno. Rollercoaster emocji, wrażeń i estetycznych doznań. Na stabilnym poziomie (nawet jeśli tych przeciętnie intrygujących pomysłów jest tym razem troszkę mniej, niż w poprzednich seriach - a takie mam wrażenie). Zdarza się poczuć, że twórcy prześlizgują się tylko po powierzchni tematu, który poruszają, ale... cóż, jak wspominałem, mówimy o serii kilkunasto, a często wręcz kilkuminutowych filmików. Nic dziwnego, że głębia treści jest tu nieco zredukowana. Nie da się jednak ukryć, że część z nich zasługiwałaby na rozwinięcie w coś bardziej obszernego.
Sprawa jest prosta: jeśli założenie tej serii trafiło do was wcześniej, to i tym razem warto sprawdzić nowiutkie epizody. Ale jeśli ten format dotychczas was nie przekonywał, to teraz nic się nie zmieni. Osobiście jednak polecam: tego typu olśniewający audiowizualnie festiwal kreatywności nie trafia na VOD zbyt często.
Czytaj więcej o Netfliksie:
- Aż 2 hity Netfliksa doczekają się kontynuacji. Jeden z nich platforma powinna zakopać
- Bridgertonowie wracają na salony. Netflix przedłuża serial o kolejne sezony
- Netflix pozazdrościł konkurencji - też ma swój polski rapowy program. Jest znacznie lepszy
- Ta polska komedia prosto z kin leci na Netfliksa. Serwis nawet się nie zająknął o jej premierze
- Najlepszą Eurowizję obejrzysz na Netfliksie