Twórca "Watchmenów", "Zagubionych" i "Pozostawionych" ma dla nas nowy serial. Jest fenomenalny!

Damon Lindelof, twórca m.in. znakomitych serialowych "Watchmenów", wybitnych "Pozostawionych" czy kultowych "Zagubionych", powraca z nową produkcją. Na HBO Max wylądowały właśnie pierwsze odcinki "Pani Davis" - i wszystko wskazuje na to, że laureat Emmy znów dostarczył widzom perełkę.

OCENA :
8/10
pani davis hbo max serial recenzja opinie

Jasne - to nie tak, że Damon Lindelof ma na koncie same spektakularne scenariusze, nie można jednak zaprzeczyć, że stworzone przez niego seriale to pozycje wyjątkowe. Ba, w moim przekonaniu serialowi "Watchmeni" biją na łeb filmową adaptację Zacka Snydera, a "Pozostawieni" to jedna z najwybitniejszych współczesnych produkcji telewizyjnych.

Moje oczekiwanie na nowe projekty twórcy siłą rzeczy wypełnione jest zatem wiarą w to, że i tym razem zaoferuje nam coś przynajmniej unikalnego, godnego uwagi i dyskusji. Napisałbym, że "wiara czyni cuda", ale to nie ona - to Lindelof, zdolny artysta, który raz jeszcze sprezentował nam świetny serial, współtworząc tytuł z Tarą Hernandez (autorka odcinków "Teorii wielkiego podrywu" czy "Młodego Sheldona"). 

W dużym skrócie: "Pani Davis" od Peacock (dostępna na HBO Max) przedstawia nam Simone (znana m.in. z "GLOW" Betty Gilpin) - zakonnicę, która wyrusza do walki ze sztuczną inteligencją.

Pani Davis na HBO Max: recenzja pierwszych czterech odcinków serialu

Już bezkompromisowe pierwsze minuty "Pani Davis" - prolog rozgrywający się w 1307 roku - to czyste mięsko; gęsta zapowiedź tego, co nas czeka. W brutalnej, krwawej sekwencji pozornie niegroźne przedstawicielki zakonu Templariuszy stają do przerysowanej walki z polującymi na Świętego Graala zbrojnymi.

Czytaj także:

Święty Graal? Ten nadużywany McGuffin? Owszem, albowiem "algorytmy uwielbiają banały, a nie ma bardziej wytartej kliszy niż poszukiwanie Graala" - dokładnie takie słowa padają w jednym z odcinków. Legendarnego "kielicha" będzie poszukiwać wspomniana siostra Simone, która dotychczas spędzała całe dnie na robieniu dżemu truskawkowego w opactwie pod Reno. Misję odnalezienia Graala przydzieliła jej sztuczna inteligencja, czyli tytułowa Pani Davis. I choć nasza zakonnica gardzi AI, zgodzi się przyjąć jej ofertę. Ma ku temu swoje powody.

Wyjąwszy Graala, serial wydaje się wręcz napawać mnogością przeciwieństw wyświechtanych chwytów. "Pani Davis" uwielbia dezorientować; proponuje nam surrealistyczne scenografie, przetworzoną symbolikę, odloty pokroju międzywymiarowych związków czy komiksową bezpardonowość. Banał tonie tu w potoku kreatywności - celowy kontrast, sprzeciw wobec bezpiecznych i zachowawczych zabiegów i opowieści, wobec nudy i przewidywalności. W taki sposób "Pani Davis" komentuje konfrontacje współczesnej twórczości z wytworami sztucznej inteligencji; ani na moment nie traci jednak lekkości i humoru, dzięki czemu łatwiej jest przymknąć oko na pewne niespójności czy wagę sfery metafizycznej. Zgodnie z zapowiedziami, nowy twór Lindelofa okazuje polem eksploracji konfliktu wiary (i nie tylko!) z technologią.

Lubię dystopie, które rezygnują z nadmiernej powagi; gdy do tego wszystkiego pokazują środkowy palec scenariuszowym standardom i sprawiają, że popularne tropy zmierzają w ekscytująco nieprzewidywalnych kierunkach, jestem kupiony. Tym bardziej, że nawet pęknięcia w narracji są tu cementowane spójnością idei i konsekwencją w brawurze, generowaniu emocji i audiowizualnym szaleństwie. "Pani Davis" to antidotum na wszystkie te seriale, z których szydzi się słowami: "ten scenariusz musiał pisać ChatGPT!". Twórcy pokazali, że kreatywny artysta wciąż jeszcze nie musi widzieć w AI zagrożenia, potrafi bowiem robić to, czego algorytm tak zgrabnie nie zbuduje: przekształcić wymęczone motywy w sposób odświeżający, ambitny i angażujący. Nie chcę kończyć tej przygody.

Michał Jarecki
Redaktor