Max może się poszczycić jednym z najważniejszych dramatów ostatnich lat. Ten film ociera się o wybitność
Dopiero teraz, ponad cztery lata od premiery tego filmu, nadrobiłem „Nigdy, rzadko, czasami, zawsze” - dramat napisany i wyreżyserowany przez zdolną, ale niezbyt płodną twórczo Elizę Hittman. I naprawdę cieszę się, że to zrobiłem. Wszystkim subskrybentom serwisu Max polecam to samo.

Główna bohaterka „Nigdy, rzadko, czasami, zawsze”, Autumn (debiutująca na ekranie Sidney Flanigan), rzeczywiście zdaje się dźwigać na barkach cały ciężar tego świata. Po raz pierwszy widzimy ją na szkolnym konkursie talentów - w przeciwieństwie do rówieśników, którzy ograniczyli się do playbacku lub układów tanecznych, ona śpiewa naprawdę. Z całych sił!
Nie da się nie zauważyć, że tkwi w niej coś nietypowego, być może pewna melancholia - raczej obca większości jej koleżanek i kolegów. Jej jedyną prawdziwą kompanką jest kuzynka, Skylar. Wkrótce dowiadujemy się, co tak naprawdę przytłacza dziewczynę. Rzecz w tym, że siedemnastoletnia Autumn jest w ciąży.
Bohaterka mieszka w małym miasteczku w Pensylwanii, gdzie właściwie nic się nie dzieje, a dostęp do wielu potrzebnych usług - zwłaszcza tych skierowanych do kobiet - jest skrajnie ograniczony. Autumn chciałaby dokonać aborcji, jednak jako niepełnoletnia potrzebuje zgody rodziców. Na to jednak - z pewnych przyczyn - nie może liczyć. Wraz ze Skylar kupują zatem bilety autobusowe i ruszają do Nowego Jorku, święcie przekonane, że będzie to krótki, jednodniowy wyjazd.
Nigdy, rzadko, czasami, zawsze - opinia o filmie. Co obejrzeć w Max w ten weekend?
Jak można się spodziewać, twórczyni nie będzie oszczędzać swych bohaterek - na szczęście nie będzie też ich gnębić nierealnymi problemami. Hittman unika łatwych rozwiązań, a zarazem dydaktyzmu: jej gniew na sytuację, w jakiej znalazła się Autumn, jest wyczuwalny w każdej scenie (i słusznie!), ale reżyserka zrezygnowała z nachalnej, banalnej krytyki instytucji i ludzi, z którymi nastolatka ma do czynienia.
Samo życie. W tej produkcji o przydługim tytule liczy się detal, nie melodramat - żadnego taniego grania na emocjach, żadnych podniosłych momentów, tylko chwile, czasem pozornie nieistotne, które składają się na cały ten pejzaż. Hittman jest, na szczęście, bezkompromisowa w ukazywaniu rzeczywistości nastolatek w Ameryce - kraju, który często traktuje je jak przedmioty lub ofiary gotowe do wykorzystania. Nie oznacza to jednak, że w wielkim świecie brakuje ludzi wspierających, pomocnych, przywracających nadzieję. To nie przerysowana wizja świata, lecz codzienność wielu młodych kobiet (znaczy się: prawdziwe pole minowe). Szczery portret rzeczywistości, w której dziewczęta muszą nieustannie lawirować między poczuciem zagrożenia a koniecznością przystosowania się (które z kolei nieraz wymaga od nich poświęcenia jakiejś cząstki siebie). Wiele sekwencji w zniuansowany sposób kreśli przed nami problemy struktur władzy i zależności, które determinują losy kobiet od najmłodszych lat. I robią to bez pudła.
Czytaj więcej:
- Max: TOP 5 nowości na weekend - w tym film Ethana Hawke'a
- HBO kompletuje obsadę 3. sezonu Rodu Smoka. Tych aktorów bardzo dobrze znacie
- Z serialu Biały Lotos wycięto scenę. Decyzja zapadła po wygranej Trumpa
- Max: co obejrzeć? Oscarowy film i najnowszy Venom wśród TOP nowości na weekend
- Świetny serial z Izabelą Kuną dostanie 2. sezon
Ten obraz to złożona, do bólu wiarygodna opowieść o cichej empatii, odporności, wsparciu. Jeden z najbardziej przejmujących dramatów od lat, który jest nie tylko wnikliwym studium charakterów dwóch w pełni ukształtowanych bohaterek, ale także komentarzem na temat zagrożeń, jakie niesie za sobą dorastanie w tym olbrzymim kraju cechującym się wykolejonym pojmowaniem idei wolności. Hittman pokazuje, jak nieprzyjazny może okazać się świat, w którym człowiek nie może sam decydować o własnym losie, nie uderza jednak w polityczne hasła, lecz subtelnie odsłania kolejne mechanizmy społeczne. Dzięki wybitnym (nie przesadzam!), pełnym autentyzmu kreacjom młodych aktorek, całość nabiera kolejnego, jeszcze bardziej targającego serce wymiaru. A finał? Łamie serce. Ale chwile później je leczy.