REKLAMA

"Ostatniej nocy w Soho" to najpiękniej nakręcony film, jaki pojawił się w tym roku w kinach

"Ostatniej nocy w Soho" to nowe dzieło Edgara Wrighta - reżysera, który nigdy dotąd nie zrealizował słabego czy, co gorsza, nijakiego filmu. Uspokajam: nic się nie zmieniło, a najnowsza produkcja to jeden z najlepszych tytułów w filmografii twórcy.

OCENA :
9/10
ostatniej nocy w soho recenzja filmu kino horror
REKLAMA

Edgar Wright ma szczęście być artystą, którego miłość do gatunkowego kina, muzyki i stylizacji przekłada się na zachwycające i zapewniające pierwszorzędną rozrywkę kompozycje. Reżyseria wychodzi mu znakomicie, bo jest twórcą nadzwyczaj świadomym sztuki, z którą obcuje i którą tworzy - czego doskonałym przykładem jest horror "Ostatniej nocy w Soho", jego najnowsza produkcja.

REKLAMA

Nie sposób napisać o wszystkich godnych pochwały elementach "Ostatniej nocy w Soho" tak, by nie zdradzić żadnych szczegółów, z którymi warto zapoznać się samemu dopiero w trakcie seansu na sali kinowej. Tym bardziej nie sposób zagłębiać się w meandry fabuły, w której jedną z kluczowych ról odgrywa intryga i jej rozwiązanie - satysfakcjonująca przewrotka.

Powściągliwie zatem: główna bohaterka, zamknięta w sobie Eloise (znakomita Thomasin McKenzie), przybywa do Londynu, ścigając swoje marzenia - chciałaby rozpocząć edukację w szkole dla projektantów mody. Imprezujące studenciaki to nie towarzystwo dla niej - z akademika przenosi się zatem do mieszkania na poddaszu w Soho, a stamtąd… do lat 60. - dekady, w której jest bez reszty zakochana. Rozpoczyna obserwację początków kariery Sandy (hipnotyzująca Anya Taylor-Joy), przemieszczając się między współczesnością a przeszłością, a pełna uroku, romantyczna opowieść stopniowo obnaża swoje mroczne oblicze.

REKLAMA

Ostatniej nocy w Soho - recenzja filmu

Edgar Wright nie pierwszy raz popisał się swoim poczuciem filmowej estetyki i stylu ("Baby Driver", "Scott Pilgrim kontra świat"), ale nigdy wcześniej żaden z jego filmów nie prezentował się tak imponująco: czarująco, zmysłowo, uwodzicielsko. Pulsujące neonowym retro-pięknem, psychodeliczne momentami kadry i urzekające wybory inscenizacyjne to niewątpliwie najmocniejsze strony "Ostatniej nocy w Soho". I choć tę obrazową kunsztowność zwiastował już pierwszy teaser, nie sądziłem, że Wright doprowadził warstwę audiowizualną swojego nowego filmu do poziomu niepodważalnej maestrii.

REKLAMA

Wirght jest też absolutnym mistrzem autorskiego kina gatunkowego, a przy tym doskonale radzi sobie jako gawędziarz, którego uwielbia się słuchać: mami, intryguje, angażuje, zwodzi. Styl, wyczucie i zrozumienie gatunku, o których wspominałem, umożliwiają mu sprawną i błyskotliwą żonglerkę konwencjami. Bo "Ostatniej nocy w Soho", poza oczywistymi cechami kina grozy, potrafi też zmienić się w musical ze swingującego Londynu, sięgnąć po autentycznie zabawne elementy humorystyczne czy wątek romantyczny.

Przy okazji twórca odnosi się też - wiem, jak 3/4 filmowców w ostatnich czasach - do tęsknoty. Ostatecznie jednak odczarowuje całą tę nostalgię za rzeczywistością utraconą; epoką która bezpowrotnie przeminęła. W ten międzygatunkowy taniec wplata przemyślane i współgrające ze sobą wątki inicjacyjne, MeToo czy utraconej (a może raczej: wyszarpanej siłą i zamordowanej) niewinności. Ten horror hagsploitation wchodzi w dialog z czymś nieoczekiwanym i nieoczywistym, i to właśnie w tym dopatruję się wielkiej siły Wrighta - w przeprowadzaniu zachwycających mariaży klisz z niesztampowością. Do kin!

Michał Jarecki
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA