Zaledwie 42 minuty życia zabierze wam paradokumentalna komedia „Siedem dni w piekle” spod szyldu HBO. Nie będą to jednak minuty zmarnowane.

Przeciwnie: Jake Szymanski przed dekadą udowodni, że sprawnie operuje absurdalnym humorem. Wszyscy fani niedorzecznych, ale i niegłupich (no, przynajmniej częściowo) gagów powinni być zadowoleni z seansu. Cóż - ja byłem.
Ale po kolei. „Siedem dni w piekle” („7 Days in Hell”) to dość nietypowa i nieco już zapomniana produkcja oryginalna HBO z 2015 r. - parodia w formie mockumentu sportowego, wyreżyserowana przez wspomnianego Szymanskiego i napisana przez Murraya Millera. Obraz trwa zaledwie trzy kwadranse, ale w tym krótkim metrażu mieści się szalona, celna satyra na świat tenisa, na sportowe dokumenty w stylu ESPN czy HBO Sports, a także na samą kulturę celebrycką.
Fabuła skupia się na fikcyjnym, ale legendarnym w ramach świata przedstawionego meczu tenisowym, który miał się odbyć na Wimbledonie w 2001 r. i trwać - zgodnie z tytułem - aż siedem dni.
Siedem dni w piekle - polecajka na weekend z HBO Max
Na korcie spotykają się dwie zupełnie różne osobowości: stylizowany na „bad boya” i tenisowego rockmana Andy Samberg w roli Andersa Holma oraz poważny, pełen brytyjskiej powściągliwości i dystansu Kit Harington jako Charles Poole - cudowne dziecko, na którego karierę olbrzymi wplyw wywarła toksyczna matka. Film odtwarza ten mecz w konwencji sportowego dokumentu, wplatając w narrację wypowiedzi fikcyjnych ekspertów, celebrytów, a nawet prawdziwych postaci ze świata sportu (m.in. Serena Williams, John McEnroe).
Absurd, groteska, drwina. Na poziomie tematycznym „Siedem dni w piekle” wznosi się ponad zwykłą komedię, uderzając w tony ostrej satyry - momentami naprawdę bezwzględnej. Wyśmiewa nadęcie sportowych dokumentów, które często bezrefleksyjnie mitologizują sportowców i owijają każdy zdobyty punkt dramatyczną otoczką. Jednocześnie uderza w medialne mechanizmy: pokazuje, jak sportowe wydarzenie można przekuć w tanią sensację, w podkręconą opowieść o upadkach i aferach, w „mięso”, pożywkę dla tabloidów. Jak sama gra i sportowa rywalizacja zostają przy tym wszystkim zepchnięte na dalszy plan.
Za fasadą żartu kryje się jednak gorzka konstatacja - sportowcy stają się produktami, a ich wizerunki i życiorysy są reżyserowane przez media, sponsorów czy rodzinę. Nawiązania do hollywoodzkiego „star system” z początku XX w. są oczywiste.
W moim odczuciu „Siedem dni w piekle” - choć nie zawsze trafia, a czasem suszy - może poszczycić się humorem odważnym, nieraz bezczelnym, przede wszystkim jednak umiejętnie parodiującym nieznośnie nadęte, sztywne, patetyczne, śmiertelnie poważne (i do bólu nudne) sportowe dokumenty. Zawrotne tempo, absurdalne pomysły, świetne kreacje (autoironiczny Harrington!), vibe „Saturday Night Live”, bezpretensjonalna głupawka - czego tu nie lubić? Plusem jest też czas trwania: twórcy doskonale wyczuli moment, w którym film mógłby stać się męczący - i kończą go tuż przed przekroczeniem tej granicy. Czysta frajda!
Czytaj więcej o filmach i serialach w Spider's Web:
- Netflix pokazał nowości na wrzesień 2025. Wracają 2 uwielbiane seriale
- Thunderbolts*: gdzie obejrzeć film online? Nowość Marvela już jest
- Adaptacja książki Kinga jest tak dobra, że będzie 2. sezon. Co z Polską?
- Czy powstaną "K-popowe łowczynie demonów 2". Netflix ma pomysł
- Nowy serial z uniwersum wiedźmina to katastrofa. "Dosłownie wszystko poszło nie tak"