REKLAMA

"The Book of Boba Fett" to dwa seriale "Star Wars" w jednym. Recenzja

Pierwszy odcinek "The Book of Boba Fett" już za nami. Spin-off "Mandalorianina", opowiadający o najpopularniejszym łowcy nagród w odległej galaktyce "Gwiezdnych wojen", to tak naprawdę dwa seriale w jednam. Oba wypadają wybornie. Recenzujemy serial "The Book of Boba Fett".

star wars the book of boba fett serial disney plus recenzja gwiezdne wojny
REKLAMA

Boba Fett jest jednym z najbardziej lubianych bohaterów filmów z cyklu "Star Wars", który typowany był na gwiazdę kolejnego z filmowych spin-offów. Disney zmienił jednak plany i kultowy łowca nagród, który pojmał Hana Solo, pojawił się na ekranie, ale jako postać drugoplanowa w drugim sezonie "Mandaloriana" (czyli serialu o... innym gościu w charakterystycznej zbroi parającym się tą zacną profesją).

REKLAMA

"The Book of Boba Fett" - recenzja serialu Disney+

Na tym nasze spotkanie z młodszym Fettem się jednak nie skończyło. Mniej-więcej rok temu scena po napisach w finale "Mandalorianina" okazała się de facto zapowiedzią drugiego serialu aktorskiego w uniwersum "Star Wars", który otrzymał tytuł "The Book of Boba Fett". Dzisiaj pierwszy odcinek produkcji o spadkobiercy Jango trafił na platformę Disney+ i w pełni spełnił pokładane w nim nadzieje.

"The Book of Boba Fett", czyli dwa seriale na motywach "Gwiezdnych wojen" w jednym

Fani bardzo długo się zastanawiali, czy nowy serial będzie typową kontynuacją wątku zajawionego w "The Mandalorian", czy też opowie o tym, jak właściwie łowca nagród wydostał się z trzewi Sarlacca. Disney uznał, że na odpowiedź na pytanie, czy to będzie prequel, czy też typowy sequelowy spin-off, powinna brzmieć: tak. Dostaliśmy tak naprawdę dwa seriale w jednym.

Główna fabuła "The Book of Boba Fett" osadzona jest na osi czasu, tak jak można było się spodziewać, na chwilę po przejęciu przez tytułowego bohatera władzy na Tatooine. Łowca nagród uznał bowiem, że trzeba zmienić zawód - teraz to jego byli pracodawcy będą mu bić pokłony. Zajął pozycję Hutta Jabby, którego próbował zastępować jego majordomus Bib Fortuna.

Serial "The Book of Boba Fett" pełen jest też retrospekcji

W chwilach, gdy sponiewierany syn niezmodyfikowany klon Jango Fetta udaje się na kurację w zbiorniku z Bactą, nawiedzają go sny. To za ich sprawą dowiadujemy się, w jaki sposób Boba wydostał się na wolność po połknięciu go przez Sarlacca oraz co stało się z jego pancerzem. Okazuje się, że mężczyzna trafił do niewoli do Tuskenów, czyli ludzi pustyni.

Flashbacków w "The Book of Boba Fett" jest znacznie więcej, niż się spodziewałem i zostały świetnie zrealizowane. Główny bohater powoli wyrabia w nich swoją pozycję w obozie Tuskenów i sporo wskazuje na to, że będą one kontynuowane w kolejnych odcinkach.

O co właściwie chodzi w "The Book of Boba Fett"?

Otwierający serial odcinek pokazuje nam pierwsze chwile łowcy nagród na tronie Jabby. Ten wyjaśnia, że tak jak jego poprzednik rządził strachem, tak on chce, by służono mu z szacunku. O ten oczywiście będzie musiał zawalczyć, bo tak jak właścicielka pewnej knajpy oddaje lenny hołd nowemu władcy półświatka na tym zadupiu galaktyki, tak nie wszyscy są - przynajmniej na razie - na to gotowi.

Nadal nie wiadomo jednak, kto właściwie będzie tym głównym przeciwnikiem Boby Fetta. Czy okaże się nim złoczyńca, którego już znamy (dziecko Jabby lub inny Hutt? Q'ira z Karmazynowego Świtu? Xizor ze swoim Czarnym Słońcem?), czy może będzie to zupełnie nowa postać albo grupa przestępca? A kto wie - może to Nowa Republika postanowi wreszcie zaprowadzić porządek na Tatooine? Odpowiedzi na te pytania poznamy pewnie już wkrótce, a na razie cieszę się po prostu tym, że Boba Fett nie ma kijka w tyłku.

Okazuje się, że ten ponury i burkliwy łowca nagród albo cały czas miał poczucie humoru, o którym nic nie wiedzieliśmy, albo wykształcił je w sobie na starość - bo trudno się nie uśmiechać podczas jego wymiany zdań z drugą pierwszoplanową bohaterką. Fennec Shand, bo to o niej mowa, nie ustępuje zresztą swojego druha na krok i w praktyce jest jego równorzędną partnerką, a nie kolejną poddaną.

"The Book of Boba Fett" utwierdza mnie w przekonaniu, że włodarze Disney+ albo czują "Gwiezdne wojny" (w przeciwieństwie do kolegów z Lucasfilmu), albo przynajmniej rozumieją, że najlepsze, co mogą zrobić, to się nie wtrącać (i dać Jonovi Favreau robić swoje). Niezależnie zaś od tego, co się za kulisami dzieje, osoby decyzyjne zaliczają trzeci strzał w - co najmniej - dziewiątkę.

REKLAMA

Przyznam przy tym, że z niecierpliwością czekam na kolejne epizody i wcale nie żałuję, że w serialu - przynajmniej na razie - nie było cameo takiego kalibru jak to Luke'a Skywalkera w finale 2. sezonu "The Mandalorian". Nie obrażę się też, jeśli "The Book of Boba Fett" skupi się na tym tytułowym bohaterze bez odwracania od niego uwagi co odcinek kolejnymi występami gościnnymi.

PS "The Book of Boba Fett" przypomniał mi przy okazji, że "Mandalorianin" pozostaje lepszym "Wiedźminem" od samego "Wiedźmina".

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA